— Jak można — mówiła nieraz o nim — tak objeżdżać po świecie i zachodzić do ludzi, właśnie gdy umierają.

Zaszedł także do niej przy tejże sposobności, ale ona z pewnością już go nie widziała. Zmysły jej obumierały, jeden po drugim, na samym początku wzrok. Było to w jesieni, mieliśmy już wyprowadzać się do miasta, kiedy ona rozchorowała się właśnie, a raczej zaraz poczęła umierać, wolno i beznadziejnie obumierać na całej powierzchni. Przyszli lekarze i pewnego dnia wszyscy byli w komplecie i opanowali cały dom. Przez kilka godzin zdawało się, że dom należy do pana radcy i jego asystentów i że my tu wcale już nie mamy głosu. Lecz po niedługim czasie stracili oni wszelkie zainteresowanie, zjawiali się tylko pojedynczo, niby zgoła ceremonialnie, aby wypalić cygaro i wypić lampkę wina. A maman umarła tymczasem.

Czekano jeszcze tylko na jedynego brata maman, hrabiego Krystiana Brahe, który czas pewien spędził, o czym pono pamięć nie zginęła jeszcze, w służbie tureckiej, gdzie odznaczył się, jak mawiano, wybitnie. Przyjechał dnia pewnego w towarzystwie cudacznego sługi — i zauważyłem z zadziwieniem, iż wyższy był od ojca, a ponoć i starszy. Obaj panowie natychmiast zamienili parę słów, odnoszących się, jak przypuszczałem, do maman. Powstała pauza. Potem powiedział mój ojciec:

— Jest bardzo zeszpecona.

Nie zrozumiałem tego wyrażenia, ale na jego dźwięk mróz mnie przeszedł. Miałem wrażenie, że i ojciec musiał się przezwyciężyć, zanim te słowa wymówił. Przede wszystkim jednak cierpiała chyba jego duma, kiedy to przyznawał.

W kilka lat później dopiero słyszałem ponowne rozmowy o hrabi Krystianie. Było to w Urne, gdzie Matylda Brahe z upodobaniem rozmawiała o nim. Jestem jednak pewien, że poszczególne epizody kształtowała dowolnie, albowiem życie mego wuja, o którym zawsze tylko pogłoski docierały do ogółu a nawet do rodziny, pogłoski, którym nie zaprzeczał nigdy, albowiem życie to dawało pole bezgranicznym komentarzom. Urne jest teraz w jego posiadaniu. Ale nikt nie wie, czy on tam mieszka. Może ciągle jeszcze podróżuje, jak to było w jego zwyczaju, może wieść o jego zgonie jest w drodze z jakiejś tam najdalszej części świata, ręką obcego sługi skreślona w złej angielszczyźnie albo w jakimkolwiek nieznajomym języku. A może i ten człowiek znaku nie da o sobie, skoro dnia pewnego zostanie sam. Może obaj dawno zniknęli i już tylko istnieją na liście okrętowej zaginionego statku pod nazwiskami, co nie były ich nazwiskami.

Bez wątpienia skoro podówczas do Urne zajeżdżał powóz, ja oczekiwałem zawsze, że w drzwiach ukaże się on, a serce moje biło w osobliwy sposób. Matylda Brahe twierdziła, że tak się on zjawia, że to jego sposób tak nagle się ukazać, kiedy nikomu się nie śniło. Nie zjawiał się nigdy, lecz imaginacja moja całymi tygodniami zajmowała się jego osobą. Miałem uczucie, że my dwaj winniśmy sobie jakiś stosunek, i chciałem bardzo wiedzieć o nim coś rzeczywistego.

Kiedy wszelako wkrótce potem zmienił się kierunek moich zainteresowań i na skutek pewnych wydarzeń skupił się zupełnie na Krystynie Brahe, nie wiadomo dlaczego wcale się nie starałem o zbadanie jej stosunków życiowych. Natomiast niepokoiła mnie myśl, czy też w galerii znajduje się jej portret. I chęć przekonania się rosła we mnie tak jednostronnie i dokuczliwie, że przez kilka nocy nie spałem, aż wreszcie najniespodziewaniej nastała ta noc, w której, mój Boże, wstałem i poszedłem na górę ze świecą, która zdawała się lękać.

Co do mnie, nie myślałem o strachu. Nie myślałem w ogóle; szedłem. Wysokie drzwi tak lekko ustępowały przede mną i nade mną, komnaty, które mijałem, trwały w ciszy.

I wreszcie poznałem po głębi, jaka wionęła ku mnie, iż wstąpiłem do galerii. Po prawej stronie poczułem okna z nocą, a po lewej musiały być portrety. Uniosłem świecę jak najwyżej. Tak: tu były portrety.