Postanowiłem zrazu patrzeć tylko na kobiece, lecz po chwili rozeznałem jeden portret i drugi, co podobnie wisiał w Ulsgaardzie, a kiedy tak oświetlałem je z dołu, one się ruszały i dążyły do światła — a mnie by się to wydawało bezlitosne, gdybym tego przynajmniej nie był przeczekał. Był oto znowu Krystian Czwarty z pięknie splecionym harcapem66 cadenette tuż przy szerokim, powolnie zaokrąglonym policzku. Tam były przypuszczalnie żony jego, z których znałem tylko Krystynę Munk. I nagle spojrzała na mnie pani Ellen Marsvin, podejrzliwa w swoim wdowim stroju i z tym samym sznurem pereł na rondzie wysokiego kapelusza. Oto dzieci króla Krystiana: coraz to inne z nowych żon, „nieporównana” Eleonora na białym stępaku67 w najświetniejszym swoim okresie, przed nawiedzeniem. Gyldenlövesovic: Hans Ulryk, o którym twierdziły kobiety w Hiszpanii, że maluje sobie lica, tyle miał krwi w sobie, i Ulryk Krystian, którego nie można było zapomnieć. I nieomal wszyscy Ulfeldowie.
A ten oto z okiem przemalowanym na czarno, to mógł być może Henryk Holck, w trzydziestym roku życia comte de l’empire68 i marszałek polny, a było to tak: śniło mu się w drodze do panny Hilleborg Krafse, iż miast oblubienicy dano mu miecz nagi: i do serca sobie wziął ów sen i zawrócił, i rozpoczął swój krótki, zuchwały żywot, zakończony dżumą.
Tych oto znałem wszystkich. Mieliśmy także w Ulsgaard posłów na kongres w Nimwegen, nieco do siebie podobnych, bo razem wszyscy byli malowani, każden z wąską, przyciętą brwią wąsa nad zmysłowymi, prawie patrzącymi ustami. Że poznałem księcia Ulryka, to się rozumie, i Ottona Brahe, i Clausa Daa, i Stena Rosensparre, ostatniego z rodu; tych bowiem wszystkich portrety widywałem w sali w Ulsgaard albo znajdywałem w starych tekach miedzioryty z ich konterfektami.
Ale potem było wielu, których nie widziałem nigdy; mało niewiast, ale za to były dzieci. Ramię dawno mi się zmęczyło i drżało, lecz bez przerwy podnosiłem świecę, aby zobaczyć dzieci. Rozumiałem je, te małe dziewczynki, co na dłoni nosiły ptaszka i zapomniały o nim. Czasem u dołu siedział przy nich pies, leżała piłka, a na stole obok były owoce i kwiaty. A w głębi wisiał na kolumnie mały i tymczasowy herb familijny Grubbe’ów albo herb Bille’ów, albo herb Rosenkrantzów. Tyle wkoło nich naznoszono, jak gdyby wiele trzeba było powetować69. One wszakże stały prosto w swoich sukienkach i czekały. I tu znowu pomyśleć musiałem o niewiastach i o Krystynie Brahe, i o tym, czy ją poznam.
Chciałem szybko pobiec aż na sam koniec i stamtąd wracając szukać, gdy nagle natknąłem się na coś. Odwróciłem się tak raptownie, że mały Eryk odskoczył i szepnął:
— Uważaj na twoją świecę.
— Ty tutaj? — rzekłem bez tchu i nie zdawałem sobie sprawy, czy to było dobrze, czy też najzupełniej źle. On tylko śmiał się, a ja nie wiedziałem, co dalej. Świeca moja migotała i nie mogłem dobrze rozpoznać wyrazu jego twarzy. Pewnie to jednak było źle, że on tu był. Ale oto on rzekł, podchodząc bliżej:
— Jej portretu nie ma, my go wciąż jeszcze szukamy na górze.
Stłumionym głosem i jedynym ruchomym okiem wskazał jakoś ku górze. I pojąłem, że myśli o poddaszu. Lecz nagle przyszła mi dziwna myśl.
— My? — spytałem. — Czyż ona jest na górze?