Odepchnąłem go mimowolnie od siebie, coś w nim chrupnęło, zdawało mi się, że go złamałem.

— Idź sobie, idź — i w tej chwili musiałem sam się roześmiać. — Nie ma wewnątrz, dlaczego nie ma wewnątrz?

— Głupiś! — odrzucił zły i już nie szeptał. Głos mu się zmienił, jak gdyby oto rozpoczynał nowy, nie grany dotąd kawałek.

— Albo się jest wewnątrz — prawił przemądrzale i surowo — a wtenczas nie jest się tu, albo, jeżeli jest się tu, nie można być tam wewnątrz.

— Naturalnie — odpowiedziałem szybko, bez namysłu. Bałem się, że odejdzie i mnie zostawi samego. Schwyciłem go nawet.

— Czy będziemy przyjaciółmi? — zaproponowałem. Kazał się prosić.

— Wszystko mi jedno — rzekł zuchowato.

Usiłowałem rozpocząć naszą przyjaźń, ale nie odważyłem się na uściśnięcie go.

— Kochany Eryku — wymknęło mi się tylko i dotknąłem go lekko. Nagle byłem bardzo zmęczony. Obejrzałem się; nie rozumiałem już, jak tu przyszedłem i że się nie bałem. Nie bardzo wiedziałem, gdzie były okna, a gdzie portrety. A kiedy poszliśmy, on mnie musiał prowadzić.

— Nic ci nie zrobią — zapewniał wspaniałomyślnie i chichotał znowu.