Abelone pamiętała, że widziała go.

W następnych dniach Abelone wzywana była regularnie, a dyktowanie po tym zajściu odbywało się znacznie spokojniej. Hrabia według najróżniejszych papierów zestawił najwcześniejsze swoje wspomnienia z koła Bernstorffów, gdzie ojciec jego odegrał pewną rolę. Abelone tak dobrze była teraz wtajemniczona w osobliwości swojej pracy, że kto widział tych dwoje, mógł celową ich wspólnotę łatwo poczytać za istotną zażyłość.

Pewnego razu, kiedy Abelone już się chciała usunąć, stary pan podszedł ku niej i jak gdyby z niespodzianką jakowąś ręce trzymał za sobą:

— Jutro pisać będziemy o Julii Reventlow — rzekł i delektował się własnymi słowami:

— To była święta.

Prawdopodobnie Abelone patrzyła nań z niedowierzaniem.

— Tak, tak, to wszystko jeszcze istnieje — obstawał rozkazującym tonem — wszystko istnieje, hrabianko Abel.

Wziął ręce Abelone i roztworzył je niby książkę.

— Miała stygmaty87 — rzekł — tu i tu.

I zimnym palcem twardo i krótko stuknął w obie jej dłonie.