Wyrażenia „stygmaty” Abelone nie znała. To się okaże, pomyślała, niecierpliwiła się wielce, by słyszeć o tej świętej, którą widział jeszcze jej ojciec. Ale już jej nie zawezwano, ani następnego ranka, ani później.

— O hrabinie Reventlow później często przecie mówiło się u was — kończyła Abelone krótko, gdy ją prosiłem, aby opowiadała więcej. Miała wygląd zmęczony; twierdziła też, że prawie wszystko zapomniała.

— Ale te miejsca czuję jeszcze czasami — uśmiechała się i nie mogła się powstrzymać, i niemal ciekawie patrzyła w puste swoje dłonie.

Jeszcze przed śmiercią ojca mego wszystko się zmieniło. Ulsgaard już do nas nie należał. Ojciec mój umarł w mieście, w mieszkaniu na piętrze, które mnie się wydawało wrogie i obce. Ja byłem wówczas już za granicą i przyjechałem za późno.

Leżał na marach w pokoju od podwórza między dwoma rzędami wysokich świec. Zapach kwiatów niezrozumiały był jak wiele równoczesnych głosów. Piękna twarz, w której oczy zamknięto, miała wyraz uprzejmego przypominania. Ubrany był w mundur łowczego, lecz z niewiadomego powodu założono białą wstęgę zamiast błękitnej. Ręce nie były splecione, leżały skośnie jedna na drugiej i wyglądały bezmyślnie i jak podrobione. Opowiedziano mi szybko, że cierpiał wiele, wcale nie znać było tego. Rysy jego były pozestawiane, jak meble w pokoju gościnnym po czyimś wyjeździe. Miałem uczucie, jakbym go już częściej widywał umarłym; tak dobrze znałem to wszystko.

Nowe było tylko otoczenie, w przykry jakiś sposób. Nowy był ten duszący pokój, co naprzeciwko miał okna, prawdopodobnie okna innych ludzi. Nowe było to, że pani Sieversen wchodziła od czasu do czasu i nic nie robiła. Pani Sieversen postarzała się. Potem miałem jeść śniadanie. Kilkakrotnie wzywano mnie do stołu. Absolutnie nic mi na tym nie zależało, aby tego dnia jeść śniadanie. Nie spostrzegłem, że chciano mnie stąd wyprosić; wreszcie, ponieważ nie odchodziłem, pani Sieversen jakoś dała mi do zrozumienia, że przyszli lekarze. Nie pojmowałem po co.

— Jeszcze tam jest coś do zrobienia — rzekła pani Sieversen i z natężeniem patrzyła na mnie czerwonymi oczami.

Potem ze zbytnim pośpiechem weszli dwaj panowie: byli to lekarze. Pierwszy pochylił raptownie głowę, jakby rogi miał i chciał ubóść, i spoglądał na nas ponad okularami: najpierw na panią Sieversen, potem na mnie.

Skłonił się z formalnością studencką.

— Pan łowczy jeszcze jedno miał życzenie — rzekł zupełnie tak samo, jak wszedł; miało się znowu wrażenie, że zbytnio się śpieszy. Skłoniłem go, nie wiem jak, do skierowania wzroku przez szkła. Kolega jego był to tęgi, cienkoskóry blondyn; przyszło mi na myśl, że musi być łatwo doprowadzić go do zarumienienia. Przy tym zrobiła się pauza. Dziwne to było, że łowczy teraz jeszcze miał życzenia.