Lecz nagle był koniec. Wszyscy jęli121 poruszać się bez sensu. Otwarte pochodnie sunęły ku niemu, a w górę, w sklepienie, ciskały się bezkształtne cienie. Ludzie, których nie znał, ciągnęli go. Chciał grać: ale z ust nie dobywało się nic, ruchy jego nie dawały żadnego gestu. Tak dziwnie tłoczyli się wkoło niego, myśl mu przyszła, że ma dźwigać krzyż. I chciał czekać, aż go przyniosą. Lecz oni byli mocniejsi i wypchnęli go powoli.

Na zewnątrz zmieniło się wiele. Nie wiem, jak. Ale wewnątrz i przed Tobą, Boże, wewnątrz przed Tobą, Widzu: czy nie bez akcji jesteśmy? Odkrywamy wprawdzie, że nie znamy roli, szukamy zwierciadła, chcielibyśmy szminkę zetrzeć i to obce zdjąć, i być rzeczywistymi. Ale gdzieś jeszcze przylega do nas jakiś kawałek przebrania, o którym zapominamy. Jakiś cień przesady zostaje w naszych brwiach, nie spostrzegamy, że kąciki ust mamy wykrzywione. I tak się obnosimy, my, pośmiewisko, i my, połowa: ni będący, ni aktorzy.

Było to w teatrze w Orange. Nie bardzo patrząc przed siebie, tylko w świadomości szorstkiego łomu, tworzącego teraz jego fasadę, wszedłem przez małe oszklone drzwi dozorcy. Znalazłem się pośród leżących ciał kolumn, gdzie rosły alteje122, które mi wszakże tylko na chwilę przesłoniły otwartą muszlę pochyłej widowni, leżącą tak, podzieloną cieniami popołudnia, jak olbrzymi wklęsły zegar słoneczny. Pośpiesznie szedłem prosto na nią. Czułem, idąc pod górę między rzędami krzeseł, jak malałem w tym otoczeniu. W górze, nieco wyżej, stało źle rozstawionych paru przybyszów w bezczynnej ciekawości. Ubrania ich były nieprzyjemnie wyraźne, ale ich skala nie miała najmniejszego znaczenia. Przez chwilę mierzyli mnie okiem, zdziwieni moją małością. To sprawiło, że obejrzałem się za siebie.

O, byłem najzupełniej nie przygotowany. Grano. Bezmierny, nadludzki dramat był w toku, dramat tej potężnej ściany scenicznej, której pionowy rozkład występował trzykrotnie, grzmiący wielkością, niszczycielski niemal, i nagle miary pełen w nadmiarze.

Zapomniałem się w szczęsnym osłupieniu. To, co tam wyrastało wysoko z podobnym do twarzy układem swych cieni, z nagromadzoną ciemnią ust pośrodku, odgraniczone w górze wieńczącym gzymsem równych ozdobnych kędziorów — to była ta mocna, przemieniająca wszystko maska antyczna, za którą świat błyskawicznie skupiał się w oblicze.

Tu, w tym wielkim, wgiętym kręgu krzeseł panował czekający, pusty, ssący byt: wszystko, co się działo, było tam: bogi i przeznaczenie. I stamtąd (jeżeli się spojrzało wysoko) szedł lekko, poprzez oścień muru: wiekuisty wjazd Niebios.

Ta oto godzina, pojmuję teraz, na zawsze odgrodziła mnie od naszych teatrów. Co mnie do nich? Co mnie do takiej sceny, gdzie tę ścianę (ikonostas123 rosyjskich cerkwi) zniesiono, ponieważ nie ma się już dość siły, by poprzez jej twardość przecisnąć akcję, lotną akcję, występującą w pełnych, ciężkich kroplach oliwy. I oto ochłapy spadają w okruchach przez dziurawe, grube sito scen, i piętrzą się kupami, a potem wymiata się je, gdy jest ich dość.

To jest ta sama niedogotowana rzeczywistość, która po ulicach leży i po domach, tylko że tam więcej jej się gromadzi, niż mieści się w jednym wieczorze.

(Bądźmyż otwarci: nie mamy teatru, tak samo, jak nie mamy Boga: na to potrzeba wspólności. Każdy ma swoje szczególne pomysły i obawy, a drugiemu tyle z nich pokazuje, na ile mu pozwala własna potrzeba i wygoda. Bezustannie rozcieńczamy własne rozumienie, aby go tylko starczyło — miast krzyczeć o tę ścianę wspólnej rozpaczy, poza którą Niepojętność ma czas nagromadzić się w ostatecznym napięciu.124)

Gdybyśmy teatr mieli, czy stałabyś wówczas, ty, Tragiczna, zawsze tak wiotka, obnażona, tak bardzo tylko ty, tak bez pozoru formy, przed tymi, co na twym wystawionym bólu sycą uciechę swej ciekawości pośpiesznej? Tyś przewidziała, ty, nieopisanie Wzruszająca, realność własnej męki, w Weronie wonczas, kiedy, prawie dzieckiem jeszcze, teatralnie grając, same róże trzymałaś przed sobą, niby front maski, co miała ukryć cię wzmożona.