Prawda, dzieckiem aktorskim byłaś, a kiedy twoi grali, to chcieli być widziani; ale tyś wyrodziła się. Dla ciebie ów zawód miał się stać tym, czym dla Marianny Alcoforado, bez jej wiedzy, był jej stan mniszy: przebraniem gęstym i dość trwałym, by za nim być otwarcie nędzną, z tą samą usilnością, z jaką szczęsnymi są niewidzialni szczęśliwi.

W miastach wszystkich, gdzie się zjawiałaś, opisywali twój gest; ale nie pojmowali, kiedy z dnia na dzień bardziej beznadziejna, wciąż na nowo utwór jakiś przed sobą unosiłaś, czyli125 cię ukryje. Włosem swoim, rękoma, jakąkolwiek zwartą rzeczą przesłaniałaś miejsca przeświecające. Chuchałaś na te, które były przejrzyste, czyniłaś się małą, chowałaś się, jak się chowają dzieci, i potem miałaś ono krótkie uszczęśliwione zawołanie, a chyba anioł miałby prawo cię szukać. Ale potem, skoroś ostrożnie podnosiła oczy, nie było wątpliwości, że widzieli ciebie przez cały czas, wszyscy w tej brzydkiej, pusto sklepionej oczastej widowni: ciebie, ciebie, ciebie i nic innego.

I opadło cię wyciągnąć ku nim ramię w skróceniu, z obronnym gestem palców od urocznego spojrzenia. Opadło cię wyrwać im twoją twarz, którą pochłaniali. Opadło cię być samą tobą. Twoich współgrających odeszła odwaga; jak gdyby ich zamknięto razem z panterzycą, czołgali się wzdłuż kulis i mówili, co wypadało, tylko po to, aby ciebie nie drażnić. Ty wszakże wyciągałaś ich na środek, stawiałaś ich i obchodziłaś się z nimi jak z rzeczywistymi. Płócienne drzwi, udane zasłony, przedmioty bez tylnej strony — wszystko to pchało cię do protestu. Czułaś, jak serce twoje niepowstrzymanie wzmagało się aż do bezmiernej rzeczywistości, i przestraszona próbowałaś raz jeszcze zdjąć z siebie spojrzenia, jak długie nitki babiego lata.

Ale oto już zerwali się w burzę oklasków zatrwożeni tym, co byłoby ostateczne: jakby w ostatniej chwili chcąc odwrócić od siebie coś, co by ich zmusiło do przemiany własnego życia.

Źle żyją i w niebezpieczeństwie ci, którzy są miłowani. Ach, gdybyż siebie przetrwali, a stali się miłującymi! Wkoło miłujących jest sama bezpieczność. Nikt ich już nie podejrzewa, a oni sami są niezdolni zdradzić się. W nich tajemnica zgoiła się, krzyczą ją z piersi całą, jak słowiki, ona części nie ma. Żalą się za jednym; lecz cała natura wtóruje im: to jest żal za Wiecznym. Rzucają się za straconym, ale już po pierwszych krokach mijają go, a przed nimi już tylko jest Bóg. Legenda ich jest jak legenda Biblis, która Kaunosa ściga aż hen do Likii. Napór serca gnał ją poprzez kraje za jego śladami, aż wreszcie stanęła u kresu sił. Ale tak wielki był jej istoty rozruch, że padając, po drugiej stronie śmierci pojawiła się krynicą, bieżącą, bieżącą krynicą.

Cóż to innego stało się owej Portugalce; jakże się wewnątrz stała krynicą? A cóż tobie, Heloizo? Cóż wam, miłujące, których skargi przyszły na nas: Gasparo Stampa126, contesso de Die i Klaro d’Anduze, Luizo Labé127, Marcelino Desbordes128, Elizo Mercoeur129? Lecz ty, biedna, zwiewna Aisse, ty już zawahałaś się i uległaś. Zmęczona Julio Lespinasse130. Beznadziejna legendo parku szczęśliwego: Marie-Anne de Clermont.

Kiedyś, przed czasy, wiem to jeszcze dokładnie, znalazłem w domu ozdobne puzderko131, było wielkie na dwie dłonie, w kształcie wachlarza z wtłoczonym obrzeżem z kwiatków na ciemnozielonym safianie132. Otwarłem je: puste było. To mogę powiedzieć teraz po tak długim czasie. Ale wówczas, kiedym je otworzył, widziałem tylko, z czego ta pustość była: z aksamitu, z małego wzgórka jasnego, już nieświeżego aksamitu; z wklęsłości klejnocianej, co jaśniejsza o jedną krztę rzewności rozpływała się w aksamicie. Przez chwilę można to było znieść. Ale przed tymi, którzy w tyle pozostają, miłowani — może tak jest zawsze.

Odwróćcie wstecz karty waszych pamiętników. Czy nie był tam zawsze koło wiosen taki czas, kiedy wybuchający rok tyczył się was jak wyrzut? Ochota ku wesołości była w was, a jednak, kiedyście wychodziły w szeroką przestrzeń, tam, na dworze, powstawało w powietrzu zdziwione zastanowienie — i traciłyście pewność, idąc dalej — jak na okręcie. Ogród rozpoczynał. Wy jednakże (właśnie, właśnie), wy zimę wnosiłyście i miniony rok; dla was w najlepszym razie był to dalszy ciąg. Podczas kiedy czekałyście na to, aby dusza wasza przyjęła udział, uczuwałyście nagle ciężar członków, a coś jak możliwość choroby wciskało się w otwarte wasze przeczucie. Spychałyście winę na zbyt lekką sukienkę; szalem otulając ramiona, biegłyście aż na koniec alei pod szeroką rotundę, potem stałyście, z bijącym sercem, zdecydowane zgodnie żyć z tym wszystkim. Ale ptak dźwięczał i był sam, i zapierał się was. Ach, czy trzeba wam było umarłymi być?

Może. Może nowe jest to, że my to wytrzymujemy: rok i miłość. Kwiaty i owoce dojrzałe są, gdy padają; zwierzęta czują się i odnajdują ku sobie, i zadowolone są. A my, którzyśmy sobie Boga przedsięwzięli, my nie możemy wydążyć. Odwlekamy naszą naturę, nam czasu jeszcze potrzeba. Czym dla nas jest rok? Czym są wszyscy? Jeszcze zanim zaczęliśmy Boga, już się doń modlimy: daj nam przetrwać noc. A potem chorowanie. A potem miłość.

Że też Clemence de Bourges133 musiała umrzeć w swoim wzniesieniu. Ona, która nie miała równych; ona, wśród instrumentów, na których grać umiała jak nikt, instrument najpiękniejszy, sam grany niezapomnianie w jej głosu najniklejszym dźwięku. Dziewczęcość jej była na wyżynie takiego zdecydowania, że inna niewiasta w wezbranym nurcie miłowania mogła temu sercu wschodzącemu przypisać oną książeczkę sonetów, gdzie każden wiersz był nieuśmierzony. Nie bała się Luiza Labé przestraszyć tego dziecka długą męką miłości. Ukazała jej nocne urastanie tęsknoty; przyrzekła jej ból, jakby szerszą przestrzeń świata, i przeczuwała, że z doświadczonym swoim bólem pozostała w tyle za tamtym, mrocznie oczekiwanym, którym piękna była ta młodzianka.