Nie znajdywałem wymówki, której mógłbym jej życzyć, ale nie wątpiłem, że oprze się.
Już oschła uraza rozlewała się po twarzach rozprzężonych długim uśmiechaniem się, już dobra hrabina, nie chcąc nic sobie zarzucić, współczująco i godnie cofnęła się w tył — gdy nagle, kiedy już wcale nie było potrzeba, ona uległa.
Czułem, jak pobladłem z rozczarowania. Spojrzenie moje napełniło się wyrzutem, ale odwróciłem się: nie warto było jej tego pokazywać.
A ona wyzwoliła się z tamtych i nagle była przy mnie. Suknia jej oświetlała mnie. Kwietna woń jej ciepła stała wokoło mnie.
— Ja chcę naprawdę śpiewać — powiedziała po duńsku wzdłuż mego policzka — nie dlatego, że oni żądają, nie dla formy: dlatego, że teraz śpiewać muszę.
Z jej słów buchnęła ta sama złośliwa nietolerancja, z której ona co dopiero uwolniła mnie.
Poszedłem wolno za grupą, z którą się oddalała. Ale przy drzwiach wysokich stanąłem, aż się ludzie poprzesuwają i uładzą. Oparty o czarno lustrzane odrzwie, czekałem.
Ktoś spytał mnie, na co się zanosi, czy będzie śpiew. Udałem, że nie wiem. W czasie mego kłamania ona już śpiewała.
Nie mogłem jej widzieć. Stopniowo miejsce zrobiło się dokoła jednej z tych pieśni włoskich, przez obcych uważanych za nader typowe, ponieważ mają tak wyraźnie zgodny układ. Ona, która ją śpiewała, nie wierzyła w to. Uniosła ją w górę z trudem, brała ją o wiele za ciężko.
Z oklasków na przedzie można było poznać, kiedy był koniec. Smutny byłem i zawstydzony. Powstał ruch i postanowiłem, skoro by ktoś wychodził, przyłączyć się.