Lecz nagle w jednej chwili zrobiło się cicho. Zapanowała cisza, której przed sekundą jeszcze nikt nie byłby uznał za możliwą; trwała, napinała się — i teraz w niej podniósł się głos.

(Abelone, pomyślałem, Abelone.)

Tym razem silny był, pełny, a mimo to nie ciężki. Z jednej masy, bez rysy, bez szwu.

Była to nieznana niemiecka pieśń. Śpiewała ją dziwnie prosto, jak coś koniecznego.

Śpiewała:

Ty, której nie mówię, że w nocnej ciszy

płaczę do rana,

której istota nade mną dyszy

rozkołysana,

ty, co nie mówisz mi, gdy dla mnie w noc