„Muszę się schować — myślał — i to w przeciągu paru najbliższych minut. Inaczej — wszystko będzie ze mną skończone na tym świecie”.
Zaledwie zaświtała mu ta myśl, gdy nagły zakręt uliczki zasłonił go przed wrogami. W takich okolicznościach nawet człowiek najmniej energiczny zaczyna działać ze stanowczością i siłą, a najostrożniejszy zapomina o przezorności i popełnia szaleństwa. Tak się stało z Harrym i sam Harry, i ci, co go znali, byliby zdziwieni jego śmiałością. Zatrzymał się, przerzucił pudełko od kapelusza przez mur ogrodowy, rozpędził się i, uchwyciwszy za wystający kamień muru, skoczył do ogrodu w ślad za pudełkiem.
Oprzytomniał po chwili. Siedział na klombie małych krzewów różanych i krwawił, gdyż mur był zabezpieczony od podobnych szturmów obfitym zapasem szkła tłuczonego. W głowie czuł zawrót, a członki jego jakby powychodziły ze stawów. Ogród był utrzymany bardzo starannie, pełno tam było kwiatów o pięknej woni. Spoglądając w głąb, Harry ujrzał szczyt domu. Dom był duży i wyglądał na zamieszkany, ale w przeciwieństwie do ogrodu, był zrujnowany, źle utrzymany i brzydki. W murze nigdzie nie widać było wyjścia.
Rozglądał się automatycznie, nie mogąc powziąć jakiejkolwiek decyzji. Usłyszawszy kroki na żwirze, zwrócił oczy w tym kierunku, niezdolny zarówno do ucieczki, jak do obrony.
Przybysz był to duży, ordynarny, brudny człowiek w ubraniu ogrodnika, z polewaczką w lewej ręce. Człowieka przytomnego zatrwożyłby olbrzymi wzrost ogrodnika i jego czarne, groźne oczy. Ale Harry doznał takiego wstrząsu przy upadku, że nawet się nie przestraszył; pozostał całkiem bierny, gdy ogrodnik podszedł bliżej, chwycił go za ramię i szorstko postawił na nogi.
Przez chwilę obaj patrzyli sobie w oczy — Harry jak urzeczony, człowiek zaś — z gniewem i okrutnym szyderstwem.
— Kim pan jesteś? — zapytał w końcu. — Dlaczego pan skakał przez mój mur i połamał moje Gloire de Dijon? Jak pan się nazywa? — dodał, potrząsając nim. — I czego pan tu szuka?
Harry nie mógł wykrztusić ani słowa na swe usprawiedliwienie.
Ale w tej chwili przebiegali koło muru Pendragon i rzeźnik, a kroki ich i ochrypłe krzyki rozległy się głośnym echem w wąskiej uliczce. Ogrodnik otrzymał odpowiedź i spojrzał Harry’emu w twarz z ohydnym uśmiechem.
— Złodziej! — powiedział. — I daję słowo, nieźle pan musi na tym wychodzić, bo widzę, że jest pan ubrany jak dżentelmen od stóp do głowy. Czy nie wstyd panu chodzić po ulicy w takim ładnym stroju razem z uczciwymi ludźmi? Mówże, ty psie — wybuchnął człowiek — sądzę, że rozumiesz po ludzku; myślę, że mam z panem trochę do pomówienia, zanim pomaszerujesz pan ze mną na policję.