— Naprawdę, proszę pana — powiedział Harry — wszystko to jest okropnym nieporozumieniem. I jeżeli zechce pan pójść ze mną do sir Thomasa Vandeleur na Eaton Place, obiecuję panu, że wszystko to się wyjaśni. Widzę teraz, że ludzie najbardziej prawi mogą popaść w sytuację całkiem podejrzaną.

— Mój człowieczku — odparł ogrodnik — pójdę z panem nie dalej jak do najbliższego komisariatu. Nie wątpię, że inspektor przespaceruje się z panem z przyjemnością na Eaton Place i wypije herbatkę poobiednią w dostojnym gronie znajomych pana. Albo może pan woli iść od razu do ministra spraw wewnętrznych? Sir Thomas Vandeleur — patrzcie proszę! Myśli pan, że nie potrafię odróżnić prawdziwego dżentelmena od takiego łazika jak pan? Ubranie nie ubranie, czytam w panu jak w książce. Oto koszula, która pewnie kosztuje tyleż co mój kapelusz od święta, ten płaszcz pewnie nie był ani razu nicowany, a buty pana...

Tu oczy ogrodnika skierowały się w dół, obraźliwe komentarze urwały się i zapatrzył się na coś pod nogami. Przemówił wreszcie zmienionym głosem.

— Na litość boską, co to wszystko znaczy?

Harry poszedł za jego wzrokiem i ujrzał na ziemi coś, od czego oniemiał z przerażenia i podziwu. Skacząc, spadł na pudełko i rozdarł je na pół; olbrzymi skarb diamentów wysypał się i leżał, częściowo wdeptany w grunt, częściowo rozrzucony na powierzchni w olśniewającej, królewskiej obfitości. Był tam wspaniały diadem, który podziwiał często na głowie lady Vandeleur, były tam pierścienie i spinki, kolczyki i bransolety, a nawet nieoprawne brylanty lśniły wśród krzewów różanych jak krople rosy poranej. Pomiędzy dwoma ludźmi leżała na ziemi fortuna książęca, fortuna w najbardziej nęcącej i trwałej formie, fortuna, którą można było zgarnąć w fartuch, piękna sama w sobie i odbijająca promienie słońca w milionach tęcz.

— Dobry Boże — rzekł Harry — jestem zgubiony!

Z niewiarygodną szybkością myśl jego cofnęła się i ogarnął całokształt przygód swych od samego rana, pojmując dopiero teraz, w jak smutny splot zdarzeń był się uwikłał1. Obejrzał się dokoła, jakby szukając pomocy, ale był w ogrodzie sam z lśniącymi diamentami i straszliwym swym interlokutorem. Nasłuchując, słyszał tylko szelest liści i przyśpieszone tętno swego serca. Nic dziwnego, że odwaga go opuściła i powtórzył raz jeszcze złamanym głosem:

— Jestem zgubiony!

Ogrodnik rozglądał się na wszystkie strony z miną winowajcy. Ale w oknach nie widać było żadnej ludzkiej twarzy, odetchnął więc swobodniej.

— Nie bój się, ty głupcze — powiedział — najgorsze już się stało. Dlaczego nie mówiłeś od razu, że tu jest dosyć dla dwóch? Dla dwóch? — powtórzył. — Ależ wystarczy i dla dwustu! Ale idźmy stąd, tu nas mogą podpatrzyć. Wyprostuj no pan kapelusz i oczyść ubranie. Nie może pan przecież zrobić wśród ludzi dwóch kroków z tą miną wariata, jaką ma pan teraz.