Harry usłuchał go. Racburn patrzył na to, a chciwość jego zapalała się przy każdym błysku klejnotu, ujmował go więc z części sekretarza i dołączał do swojej.
Kiedy podział był ukończony, obaj poszli ku drzwiom frontowym; Racburn otworzył je ostrożnie i wyjrzał na ulicę. Widocznie nie było tam przechodniów, bo nagle chwycił Harry’ego za kark i zgiąwszy w pół, tak że nie widział nic, prócz chodnika i schodków przy domach, wlókł go przez parę ulic, w ciągu kilku chwil. Harry naliczył trzy rogi ulic, zanim brutal rozluźnił uścisk i z okrzykiem: — Teraz skończone z tobą! — dobrze skierowanym, atletycznym kopnięciem wyrzucił go w przestrzeń głową naprzód.
Kiedy Harry, ogłuszony, z krwawiącym nosem, oprzytomniał wreszcie, Mr. Racburn znikł bez śladu. W pierwszej chwili gniew i ból tak opanowały młodzieńca, że rozpłakał się i łkając, stał na środku drogi.
Kiedy wzburzenie jego cokolwiek się uśmierzyło, zaczął się rozglądać i odczytywać nazwy ulic, na skrzyżowaniu których opuścił go ogrodnik. Był wciąż jeszcze w odludnej części zachodniego Londynu, pomiędzy willami i dużymi ogrodami. Ale w oknach widział kilka osób, które były świadkami jego przygody i wnet z domu wybiegła służąca i ofiarowała mu szklankę wody. W tej samej chwili brudny drab, który stał w pobliżu, patrząc spode łba, zbliżył się do niego z drugiej strony.
— Biedny pan — rzekła dziewczyna — jak okropnie obeszli się z panem! Co znowu, ubranie pana jest całkiem zniszczone i podarte na kolanach! Czy zna pan łotra, który tak urządził pana?
— Znam! — zawołał Harry, którego woda cokolwiek orzeźwiła. — Dosięgnę go w domu pomimo jego ostrożności. Obiecuję pani, że drogo mi zapłaci za dzisiejsze sprawki.
— Proszę lepiej wejść do domu, umyć się i oczyścić ubranie — mówiła służąca. — Moja pani przyjmie pana dobrze, proszę się nie obawiać. Podniosę kapelusz pana. Boże wielkiego miłosierdzia — krzyknęła — rozsypał pan diamenty po całej ulicy!
Było tak w samej rzeczy: połowa klejnotów, które mu zostały po podziale z panem Racburn, wysypała mu się z kieszeni przy pchnięciu i błyszczała na ziemi. Podziękował losom, że służąca miała tak bystry wzrok. „Mogłoby się stać jeszcze gorzej” — pomyślał — i odzyskanie tych kilku klejnotów wydało mu się równie ważne jak strata wszystkich innych. Ale niestety! Kiedy schylił się, by podnieść swe skarby, włóczęga natarł na niego, przewrócił jego i służącą, zgarnął dwie pełne garście diamentów i uciekł ze zdumiewającą szybkością.
Harry zerwawszy się z krzykiem, popędził za łotrem, ale ten miał zbyt dobre nogi i musiał znać miejscowość, bo po zbiegu nie zostało nawet śladu.
Całkiem zgnębiony Harry wrócił na miejsce klęski, gdzie wciąż czekała na niego służąca, która oddała mu kapelusz i resztę diamentów. Harry serdecznie jej podziękował i nie mając powodów do oszczędzania, wsiadł w pierwszą napotkaną dorożką i pojechał na Eaton Place.