I z tymi słowami pociągnął Harry’ego w głąb domu, a stamtąd do pokoju wychodzącego na ogród. Przede wszystkim zapuścił firanki, gdyż Mr. Rolles wciąż stał na tym samym miejscu, gdzie go byli zostawili, w zamyśleniu pełnym niepokoju. Potem wysypał zawartość połamanego pudełka na stół i stał przed skarbem, rozłożonym w całej pełni blasku, ocierając ręce o biodra, z wyrazem drapieżnej chciwości. Wyraz twarzy tego człowieka, miotanego niższymi uczuciami, dodał nową udrękę do cierpień Harry’ego. Wydawało mu się niewiarygodne, że za jednym zamachem został wyrzucony z życia czystych i subtelnych igraszek i pogrążony w brudny, zbrodniczy odmęt. Sumienie nie wyrzucało mu żadnego przestępstwa, a tymczasem cierpiał karę w najostrzejszej i najokrutniejszej formie — obawy kary, podejrzeń porządnych ludzi, wspólnictwa i styczności z naturami podłymi i brutalnymi. Chętnie oddałby życie, byle nie być w jednym pokoju z panem Racburnem.
— A teraz — powiedział ten ostatni, podzieliwszy klejnoty na dwie części prawie równe i przysunąwszy jedną z nich do siebie — a teraz: wszystko na tym świecie otrzymuje zapłatę, nieraz bardzo słodką. Trzeba panu wiedzieć, Mr. Hartley, jeżeli takie jest pańskie nazwisko, że jestem człowiekiem łatwego usposobienia i dobroć moja zawsze szkodziła mi w życiu. Mógłbym schować do kieszeni wszystkie te ładne kamyczki, a pan nie śmiałby pisnąć ani słówka. Widocznie czuję dla pana sympatię, bo nie mam serca obedrzeć pana ze wszystkiego. A więc z czystej życzliwości radzę panu: podzielmy się. A to — wskazał na dwie kupki klejnotów — wydaje mi się podziałem godnym przyjaźni i sprawiedliwości. Czy ma pan coś do zarzucenia, Mr. Hartley? Nie będę się kłócił o jakąś tam spinkę.
— Ależ, proszę pana — zawołał Harry — to, co pan mi proponuje, jest niemożliwe. Klejnoty nie należą do mnie, nie mogę ich dzielić ani tak, ani owak.
— Klejnoty nie są pana, czy tak? — odparł Racburn. — I pan z nikim nie może podzielić się nimi, nie może pan? Wielka szkoda, bo w takim razie muszę pana odprowadzić do policji. Policja: pomyśl pan o tym — ciągnął dalej — pomyśl pan, jaki to będzie cios dla szanownych rodziców pana, pomyśl pan — i wziął przy tym Harry’ego za przegub ręki — pomyśl o koloniach i sądzie.
— Nie mogę nic na to poradzić — jęknął Harry — to nie moja wina. Czy nie chce pan pójść ze mną na Eaton Place?
— Nie — odparł człowiek — z całą pewnością nie chcę. I mam zamiar podzielić te zabaweczki z panem tu, na miejscu.
I mówiąc to, nagle i boleśnie skręcił rękę młodzieńca.
Harry nie mógł powstrzymać się od okrzyku, twarz jego okryła się potem. Może strach i ból ożywiły jego inteligencję, dość że w jednej chwili cała sprawa stanęła przed nim w innym świetle. Widział, że nie pozostaje mu nic innego jak zgodzić się na propozycję gbura, a potem znaleźć dom i zmusić go od oddania zdobyczy, gdy już sam będzie wolny od wszelkich podejrzeń.
— Zgadzam się — powiedział.
— Co za jagniątko — zadrwił ogrodnik — myślę, że pan w końcu zrozumiał własny interes. Pudełko to spalę razem ze śmieciami, ciekawi ludzie mogą je poznać. A pan zbieraj swoje błyskotki i pakuj do kieszeni.