— Pan mi pochlebia — rzekł Mr. Rolles.

— Przepraszam — odparł Vandeleur — przepraszam, młodzieńcze. Pan nie jest tchórzem, pozostaje tylko do stwierdzenia, czy nie jesteś najgorszym z głupców. Może — mówił dalej — może pan będzie tak łaskaw udzielić mi kilku informacji. Przypuszczam, że istnieje jakiś powód tak zdumiewającej bezczelności, chciałbym się dowiedzieć jaki.

— To jest bardzo proste — rzekł pastor — pochodzi ona z mego wielkiego niedoświadczenia życiowego.

— Chciałbym się o tym przekonać — odparł Vandeleur.

Wtedy Mr. Rolles opowiedział całą swą historię w związku z Diamentem Radży, od chwili znalezienia go w ogrodzie Racburna, aż do chwili opuszczenia Londynu w pociągu szkockim. Dodał krótki zarys swych myśli i uczuć podczas podróży i zakończył tymi słowami:

— Poznawszy diadem, przekonałem się, że jesteśmy w tym samym położeniu względem społeczeństwa, i to natchnęło mnie nadzieją, która, przyzna pan, była dość uzasadniona, że może się pan stać mym partnerem w trudnościach i naturalnie, również w korzyściach mego przedsięwzięcia. Dla pana, przy jego wiedzy specjalnej i wielkim doświadczeniu w handlu diamentami, rzecz ta nie będzie przedstawiała żadnej trudności, ja zaś widzę przed sobą przeszkody nie do przezwyciężenia. Z drugiej strony osądziłem, że więcej stracę, krając diament na części, i to ręką niezręczną, niż wynagradzając odpowiednio pomoc pana. Temat to delikatny i może w sposób nie dość subtelny go poruszam. Ale proszę pamiętać, że sytuacja taka jest dla mnie nowością i że nie znam prawideł etykiety w takich wypadkach. Sądzę bez zarozumiałości, że mógłbym pana ochrzcić lub ożenić zadowalająco, ale każdy człowiek ma inne talenty, ja zaś talentu do handlu diamentami nie posiadam.

— Nie chcę pochlebiać panu — odparł Vandeleur — ale daję słowo, że ma pan niezwykłą predyspozycję do życia kryminalnego. Posiada pan więcej talentów, niż pan przypuszcza, i chociaż spotykałem dużo łotrów w różnych częściach świata, nie spotkałem ani jednego tak bezczelnego. W górę uszy Mr. Rolles, pan nareszcie obrał sobie właściwy zawód. Co do pomocy, może pan mną rozporządzać. Mam w Edynburgu do załatwienia pewną sprawę dla mego brata i zabawię tam dzień tylko, po czym wrócę do Paryża, gdzie mieszkam stale. Jeżeli pan sobie życzy, proszę mi tam towarzyszyć. I przed upływem miesiąca spodziewam się pomyślnie załatwić pański interesik.

W tym miejscu, wbrew wszelkim przepisom sztuki, nasz autor arabski przerywa „Historię młodego pastora”. Uważam takie praktyki za godne pożałowania i potępienia, ale muszę iść za autorem i odsyłam czytelnika po zakończeniu przygód pana Rollesa, do następnego opowiadania, „Historii domu z zielonymi żaluzjami”.

III. Historia domu z zielonymi żaluzjami

Francis Scrymgeour, urzędnik Banku Szkockiego w Edynburgu, do lat dwudziestu pięciu żył w spokojnym, uczciwym środowisku rodzinnym. Matka jego umarła, gdy był jeszcze mały, ale ojciec jego, człowiek rozsądny i prawy, dał mu dobre wykształcenie i przyzwyczaił w domu do porządku i skromności. Francis, z natury łagodny i uczuciowy, łatwo ulegał dobrym wpływom i oddał się duszą i ciałem swemu zajęciu. Głównymi jego rozrywkami była przechadzka w sobotę po południu, jakiś obiad z powodu uroczystości rodzinnej i coroczna podróż dwutygodniowa w góry Szkocji lub nawet na kontynent. Szybko rósł w łaskach u zwierzchników i pobierał już dwieście funtów rocznie, a miał widoki na podwojenie tej pensji. Mało było młodzieńców tak zadowolonych ze swego losu, mało chętniejszych i pracowitszych od Francisa Scrymgeour. Czasami wieczorem, przeczytawszy gazetę, grywał na flecie, chcąc zrobić rozrywkę swemu ojcu, którego cnoty cenił wysoko.