Portier, do którego się zwrócił, nie udzielił mu prawie żadnych wyjaśnień. A tymczasem w życiu tych ludzi nie wszystko było w porządku, na dnie tkwiła jakaś tajemnica. Lokator-sąsiad był Anglikiem niezmiernie bogatym i bardzo ekscentrycznym w gustach i zwyczajach. Posiadał wielkie zbiory w swym domu i dla ochrony zaopatrzył mieszkanie w żaluzje stalowe, w system zamków i kobylice wzdłuż muru ogrodowego. Żył w samotności, widując tylko dziwnych ludzi, z którymi widocznie łączyły go jakieś stosunki. W domu nie było nikogo, oprócz panienki i starej służącej.

— Czy panienka jest jego córką? — zapytał Francis.

— Ależ tak — odparł portier — panienka jest córką pana domu i to jest dziwne, że tak umie pracować. Pomimo wszystkich jego bogactw ona to chodzi na rynek i co dzień można ją zobaczyć, jak przechodzi z koszykiem.

— A zbiory? — zagadnął nowy lokator.

— Proszę pana — odrzekł człowiek — mają one olbrzymią wartość. Więcej nie umiem panu powiedzieć. Od przybycia pana de Vandeleur nikt z tej dzielnicy nie przestąpił jego progu.

— Dajmy na to, że nikt — nie dawał za wygraną Francis — ale może ma pan jakieś pojęcie, co zawiera ta słynna kolekcja? Obrazy, tkaniny, posągi, klejnoty.

— Daję słowo — wzruszył portier ramionami — gdyby to były nawet marchewki, to i wtedy nie umiałbym nic panu powiedzieć. Skąd mam wiedzieć? Dom jest strzeżony jak twierdza, sam pan widział.

A kiedy Francis wracał rozczarowany do swego pokoju, portier zawołał go z powrotem.

— Przypomniałem sobie, proszę pana — powiedział — pan de Vandeleur bywał w różnych częściach świata i raz słyszałem od ich starej posługaczki, że pan przywiózł ze sobą dużo diamentów. Jeżeli to prawda, są tam za tymi żaluzjami śliczności do obejrzenia.

W niedzielę Francis był już zawczasu na swym miejscu w teatrze. Zakupione dla niego krzesło stało na trzecim miejscu po lewej stronie, na wprost jednej z dolnych lóż. Ponieważ miejsce było specjalnie wybrane, niewątpliwie coś stąd wynikało. Instynkt podpowiadał mu, że ta loża naprzeciw odgrywa jakąś rolę w dramacie, w który został wmieszany. W rzeczy samej, z loży tej można było go obserwować od początku do końca przestawienia, jeżeli komuś na tym zależało; widzowie zaś mogli się schować w głębi loży, nie pozwalając przypatrywać się sobie nawzajem. Obiecywał sobie nie spuścić jej z oka na chwilę i, czy to rozglądając się po teatrze, czy też patrząc na scenę, wciąż zezował ku pustej loży.