Francis obejrzał się. Miejsce było odludne, dom stał odosobniony w ogrodzie. Zdawało się, że tu skończy poszukiwania. Ale rzuciwszy okiem raz jeszcze, ujrzał tuż obok mały domek, którego facjatka wychodziła na ogród, w facjatce zaś tej było okno. Poszedł od frontu i ujrzał kartę ogłaszającą wiadomość o nieumeblowanych mieszkaniach do wynajęcia. Francis nie wahał się ani chwili. Wynajmując pokój, zapłacił komorne z góry i wrócił do swego hotelu po bagaż.

Czy stary człowiek z blizną od szabli jest jego ojcem czy nie, czy jest na tropie czy nie — dość, że na pewno ociera się o jakąś podniecającą tajemnicę. Obiecał sobie, że nie spocznie, aż ją wykryje.

Z okna swego nowego mieszkania Francis Scrymgeour mógł ogarnąć wzrokiem cały ogród domu z zielonymi żaluzjami. Tuż pod nim piękny kasztan o rozłożystych konarach osłaniał parę prostych stołów, na których można było obiadować podczas upału. Ze wszystkich stron ziemię okrywała gęsta roślinność, ale między stołami a domem ujrzał wysypaną żwirem ścieżkę, która prowadziła od werandy do furtki ogrodowej. Przypatrując się temu miejscu przez deseczki żaluzji, których nie odważył się otwierać, by nie ściągnąć na siebie uwagi, Francis poznawał obyczaje mieszkańców domu, ale z nielicznych obserwacji jego wynikało, że żyją w zamknięciu i zamiłowaniu samotności. Ogród wyglądał jak klasztorny, dom miał pozory więzienia. Żaluzje z zewnątrz były spuszczone, drzwi na werandę zamknięte. Ogród, pławiący się w świetle zachodu, był w zupełności opustoszały. Tylko nikła smuga dymu z jedynego komina świadczyła o obecności żywych ludzi.

Aby nie próżnować i nadać jakąś barwę swej nowej drodze życiowej, Francis kupił geometrię Euklidesa po francusku i zaczął ją tłumaczyć, pisał na swoim tłumoczku, siedząc na podłodze oparty o ścianę, ponieważ nie miał ani stołu, ani krzesła. Od czasu do czasu wstawał, by spojrzeć na otoczenie domu z zielonymi żaluzjami, ale żaluzje były uparcie spuszczone, a ogród pusty.

Dopiero późno wieczorem zdarzyło się coś, co wynagrodziło jego nieustanną czujność. Między dziewiątą a dziesiątą silny dzwonek wyrwał go z drzemki; skoczył więc do okna; usłyszał zgrzyt zamków i odsuwanych rygli, po czym ujrzał pana Vandeleura niosącego latarnię i ubranego w luźny szlafrok z czarnego aksamitu i takąż czapeczkę. Zszedł on z werandy i powoli zmierzał do furtki. Powtórnie zazgrzytały zamki i rygle; w chwilę potem Francis ujrzał w migotliwym świetle latarki, jak dyktator prowadził do domu jakiegoś osobnika, wyglądającego na najgorszego łotra.

W pół godziny później gość został odprowadzony do furtki i pan Vandeleur, postawiwszy światło na jednym ze stołów, dopalał cygaro wśród gałęzi kasztana, nad czymś medytując. Francis, obserwując go przez otwór wśród liści, widział, jak zrzucał popiół z cygara lub wdychał silniej powietrze. Zauważył chmurę na czole starego człowieka i poruszenia jego ust, świadczące o głębokim i ciężkim zamyśleniu. Dopalał już prawie cygara, gdy nagle głos młodej dziewczyny z wnętrza domu oznajmił godzinę.

— W tej chwili — odparł John Vandeleur.

Z tymi słowami odrzucił niedopałek i biorąc latarnię, powędrował ku werandzie. Gdy drzwi się za nim zamknęły, zupełna ciemność zaległa ogród, Francis wytężał na próżno wzrok, nie mogąc uchwycić najmniejszego światełka za żaluzjami. Wywnioskował stąd, że pokoje sypialne musiały się znajdować po drugiej stronie domu.

Wczesnym rankiem (bo obudził się wcześnie, spędziwszy niewygodnie noc na podłodze) stwierdził, że rzecz ma się inaczej. Żaluzje, jedna po drugiej, podniosły się, widać pod naciśnięciem sprężyny z wewnątrz, i odsłoniły drugie stalowe żaluzje, takie, jakie widzimy na wystawach sklepowych. Te zostały zwinięte w ten sam sposób i pokoje wietrzyły się przez godzinę. Po upływie godziny pan Vandeleur własnoręcznie zamknął obie pary żaluzji.

Kiedy Francis trwał w zdumieniu wobec tych ostrożności, drzwi się otwarły i młoda dziewczyna wyszła do ogrodu. Upłynęło zaledwie parę minut, zanim znów ukryła się w domu, ale Francisowi wystarczyła ta chwila, aby się przekonać o jej nadzwyczajnych powabach. Wzbudziło to nie tylko jego ciekawość, lecz i wprawiło go w stan wielkiego podniecenia. Od tej chwili przestały go trapić niepokojące zachowanie i więcej niż dwuznaczny tryb życia jego ojca; od tej chwili z żarliwością przylgnął do swojej nowej rodziny. I czy młoda pani miała mu być siostrą czy żoną — w każdym razie była ona aniołem w przebraniu. Ogarnęła go nagle zgroza na myśl, że mógł się omylić i że śledząc pana Vandeleur poszedł może nie za osobą właściwą.