Zdarzyło się, że obrał drogę przez rue Dronat i potem przez rue des Martyrs; wypadek posłużył mu lepiej niż wszelkie przewidywania. Bo oto na zewnętrznym bulwarze, na ławce, ujrzał dwóch ludzi pogrążonych w rozmowie. Jeden był młody, ładny i ciemnowłosy, w ubraniu cywilnym, ale wyglądający na duchownego; drugi pod każdym względem odpowiadał opisowi danemu przez kasjera. Francis poczuł gwałtowne bicie serca; wiedział, że zaraz usłyszy głos swego ojca. Okrążył siedzącą parę z daleka i zajął po cichu miejsce za nią, ale obaj rozmawiający byli zbyt zajęci rozmową, by go zauważyć. Jak się tego spodziewał Francis, rozmawiano po angielsku.
— Pańskie podejrzenia, Rolles, zaczynają mnie nudzić — rzekł starszy pan — mówię, że czynię wszystko, co ode mnie zależy. Nie można zgarnąć milionów jednym zamachem ręki. Czyż dobrowolnie nie zabrałem ze sobą pana, człowieka dla mnie obcego? Czyż pan nie żyje dostatnio dzięki mojej hojności?
— Z zaliczek pańskich, panie Vandeleur — poprawił tamten.
— Zaliczki, jeżeli interes ważniejszy jest dla pana od dobrej woli — odparł Vandeleur gniewnie. — Nie jestem tu po to, by bawić się w ładne słówka. Interes to interes, pański zaś, pozwól pan sobie przypomnieć, jest zbyt trudny do załatwienia, by można było pozwalać sobie na takie fochy. Proszę mi ufać albo opuścić mnie i szukać sobie kogo innego, ale skończże pan już raz, na litość boską, ze swymi jeremiadami.
— Zaczynam poznawać świat — odparł tamten — i widzę, że ma pan wszelkie powody, by prowadzić ze mną fałszywą grę, żadnego zaś, by dokonać ze mną podziału uczciwie. Nie jestem tu również po to, by bawić się w piękne słówka; pan chce zagarnąć diament dla siebie, pan wie, że pan chce, nie śmie pan zaprzeczyć. Pan już sfałszował mój podpis i zrewidował moje mieszkanie w mojej nieobecności. Rozumiem przyczynę zwłoki. Pan czai się z zasadzki; pan jest naprawdę łowcą diamentów i prędzej czy później, prawem czy lewem, zagarnie pan diament w swe ręce. Powiadam panu, że dość tego. Niech pan nie doprowadza mnie do ostateczności, bo obiecuję zrobić panu niespodziankę.
— Pogróżki nie wyjdą panu na dobre — odparł Vandeleur — tu na dwoje babka wróżyła. Brat mój jest tu w Paryżu, policja jest zaalarmowana i jeżeli pan nie przestanie mnie zanudzać swymi jękami, niczym kocur na dachu, przygotuję panu również małą niespodziankę. Ale moja odbędzie się raz jeden, za to na zawsze. Rozumie mnie pan, czy chce pan, abym mu to powtórzył po hebrajsku? Każda rzecz ma swój koniec, a właśnie kończy się moja cierpliwość. Proszę przyjść we wtorek o siódmej, nie wcześniej o godzinę ani o sekundę, nawet chociażby chodziło o życie pańskie. A jeżeli nie chce pan czekać, idź pan chociażby na dno piekła, mile cię tam powitają.
Mówiąc to, dyktator wstał z ławki i poszedł w kierunku Montmartre’u, potrząsając głową i z furią wymachując laską; towarzysz zaś jego pozostał w przygnębieniu na tym samym miejscu.
Francisa ogarnęło najwyższe zdumienie i przerażenie. Urażony był w najlepszych swych uczuciach. Czułość pełna nadziei, z jaką zajął miejsce za ławką, zamieniła się w rozpacz i odrazę. Stary Mr. Scrymgeour, rozmyślał, był znacznie milszym i godniejszym zaufania rodzicem od tego niebezpiecznego i gwałtownego intryganta. Pomimo tych uczuć nie stracił przytomności umysłu i nie zwlekając ani chwili, udał się za dyktatorem.
Złość dyktatora uspokoiła się nagle; pogrążył się tak całkowicie w gniewnych swych myślach, że nie obejrzał się za siebie, aż dotarł do swych drzwi.
Dom jego położony był wysoko na rue Lepic. Można było stąd ogarnąć wzrokiem cały Paryż i oddychać czystym powietrzem wzgórz. Był to dom dwupiętrowy, z zielonymi żaluzjami i okiennicami; wszystkie okna wychodzące na ulicę były hermetycznie zamknięte. Nad wysokim murem ogrodu wznosiły się wierzchołki drzew, mur zaś był ochroniony przez kobylice4. Dyktator zatrzymał się na chwilę, szukając klucza w kieszeni, po czym otworzył furtkę i znikł za ogrodzeniem.