Prawnik pochwalił tę ostrożność. Francis pod jakimś pretekstem zwolnił się z banku i poszedł na daleką przechadzkę za miasto, rozważając wszechstronnie tę sprawę. Przyjemne poczucie własnego znaczenia czyniło go rozważnym, ale decyzja jego była z góry do przewidzenia. Cała niższa strona jego natury ciągnęła go niepowstrzymanie do pięciuset funtów rocznie i do dziwnych warunków, z którymi dochód ten był związany. Odkrył w swym sercu nieprzezwyciężoną odrazę do nazwiska Scrymgeour, które nigdy przedtem nie wydawało mu się brzydkie. Zaczął gardzić ciasnym i nieromantycznym widnokręgiem swego przeszłego życia. A kiedy już zdecydował się ostatecznie, zaczął iść z nowym uczuciem swobody i siły i karmił się najmilszymi nadziejami.
Powiedział prawnikowi, że się zgadza, i otrzymał dwie czwarte zalegającej sumy, gdyż pensja liczyła się od pierwszego stycznia. Z pieniędzmi w kieszeni poszedł do domu. Mieszkanie jego przy ulicy Scotland Street wydało mu się nędzne. Nozdrza jego po raz pierwszy buntowały się przeciw zapachowi rosołu. Zauważył też pewne uchybienia i brak estetyki w manierach swego przybranego ojca, które zdziwiły go i napełniły niesmakiem. Postanowił; że następny dzień ujrzy go w drodze do Paryża.
Przybył do Paryża znacznie wcześniej przed oznaczoną datą, zajął numer w skromnym hoteliku, który zamieszkiwali Anglicy i Włosi, i zaczął się doskonalić w języku francuskim. W tym celu brał lekcje u nauczyciela dwa razy tygodniowo, prowadził pogadanki z włóczęgami na Champs Elysèes, wieczorem zaś chodził do teatru. Sprawił sobie nowe, modne ubranie, fryzjer z sąsiedniej ulicy codziennie golił go i poprawiał fryzurę. To nadawało mu wygląd cudzoziemca i ścierało z niego pokost dawnej miernoty.
Wreszcie w niedzielę po południu udał się do kasy teatru na ulicy Richelieu. Zaledwie wymienił swe nazwisko, kasjer podał mu bilet w kopercie, na której atrament nie zdążył jeszcze wyschnąć
— Kupiono go w tej chwili — rzekł kasjer.
— Naprawdę — rzekł Francis — czy nie będzie pan łaskaw mi powiedzieć, jak wyglądał nabywca?
— Pańskiego przyjaciela łatwo jest opisać — odparł kasjer — jest stary, silny i piękny, ma siwy włos i bliznę od szabli przez twarz. Pozna go pan niechybnie, rzuca się w oczy.
— Ależ tak — odparł Francis — dzięki panu.
— On nie mógł się jeszcze zbytnio oddalić — dodał kasjer — jeżeli pan się pośpieszy, może go pan jeszcze dopędzić.
Francis nie czekał, by mu to powtórzono. Wybiegł z teatru na środek ulicy i obejrzał się na wszystkie strony. Spostrzegł niejednego siwowłosego mężczyznę, ale żaden nie miał blizny na twarzy. Przez pół godziny przeszukiwał sąsiednie ulice, wreszcie, uznając, że dalsze poszukiwania byłyby głupie, szedł dalej bez celu, aby przechadzką uśmierzyć wzburzenie, bo bliskość spotkania z tym, któremu zawdzięczał życie, głęboko go poruszyła.