— Żona moja? — krzyczał — żona moja otrzymała odszkodowanie. Nie chcę słyszeć jej imienia. Źle mi się robi na samo jej wspomnienie.

Tu zaklął głośno i uderzył pięścią w stół.

Z gestów dyktatora widać było, że uspakajał go po ojcowsku. Wkrótce potem odprowadził go do furtki ogrodu. Obaj dość serdecznie podali sobie ręce. Ale zaledwie furtka zamknęła się za gościem, Jack Vandeleur roześmiał się, a śmiech ten zabrzmiał wrogo, prawie diabelsko w uszach Francisa Scrymgeour.

Tak więc przeszedł jeszcze jeden dzień, a on niczego się nie dowiedział. Ale młody człowiek przypomniał sobie, że jutro będzie wtorek, i obiecywał sobie ciekawe odkrycia. Złe czy dobre — na pewno rozjaśnią mu wiele, a może szczęście uśmiechnie się do niego i uda mu się dotrzeć do jądra tajemnicy otaczającej jego i jego rodzinę.

Za zbliżeniem się godziny obiadowej w ogrodzie domu o zielonych żaluzjach zaczęły się przygotowania. Stół, którego część Francis widział przez liście kasztanu, miał służyć za kredens; tam miano odstawiać półmiski i sałaty; drugi, prawie całkowicie schowany za gałęźmi, był nakryty do obiadu i Francis widział lśniący biały obrus i połyskujące srebra.

Mr. Rolles przybył punktualnie co do minuty. Wyglądał jak człowiek mający się na baczności, mówił cicho i mało. Dyktator, przeciwnie, był w najlepszym humorze. Śmiech jego, młody i przyjemny, często dochodził z ogrodu. Z modulacji i zmian jego głosu widać było, że opowiadał rzeczy zabawne i naśladował wymowę różnych narodów. Wkrótce, zanim on i młody pastor dopili swój wermut, rozwiała się wszelka nieufność i rozmawiali jak para dobrych kolegów.

W końcu ukazała się panna Vandeleur, niosąc wazę z zupą. Mr. Rolles podbiegł, ofiarując swą pomoc, od której uchyliła się ze śmiechem. Wszyscy troje zaczęli żartować, że panna Vandeleur sama obsługuje.

— Swobodniej człowiek przy tym się czuje — usłyszał słowa panny Vandeleur.

W chwilę potem siedzieli na swych miejscach i Francis nic prawie nie widział i nie słyszał. Ale przy obiedzie było wesoło. Pod kasztanem toczyła się gawęda, słychać było brzęk noży i widelców. Francis, który miał tylko bułkę do żucia, zazdrościł tym, co siedzieli przy wytwornym obiedzie. Ukazywał się półmisek za półmiskiem, potem wspaniały deser i butelka starego wina, które pieczołowicie odkorkowywał sam dyktator. Zapadał już mrok, na stole więc postawiono lampę, a na kredensie dwie świece, gdyż noc była pogodna, gwiaździsta i cicha. Światło padało na werandę i ogród, iluminując go, a liście połyskiwały w ciemności.

Może po raz dziesiąty panna Vandeleur weszła do domu i wróciła z serwisem do kawy, który postawiła na kredensie. Wtedy ojciec jej podniósł się z miejsca.