Francis usłyszał, jak mówił:
— Kawa to moja specjalność.
I po chwili ujrzał swego domniemanego ojca, stojącego przy kredensie w świetle świec.
Mówiąc ciągle przez ramię, pan Vandeleur wlał do dwóch filiżanek brunatny napój i szybkim ruchem kuglarza wylał zawartość małej flaszeczki do mniejszej filiżanki. Ruch jego był tak szybki, że nawet Francis, który patrzył mu prosto w twarz, zaledwie zdążył to zauważyć. Tymczasem pan Vandeleur, śmiejąc się wciąż, wrócił do stołu z dwiema filiżankami.
— Zanim dopijemy — powiedział — nadejdzie na pewno nasz zapowiedziany gość.
Trudno opisać zmieszanie i rozpacz Francisa Scrymgeour. Widział fałszywą grę, rozwijającą się przed jego oczami, czuł, że powinien zainterweniować, ale nie wiedział jak. Mógł to być tylko żart, a w takim razie, jak wyglądałby niepowołany świadek rzucający ostrzeżenie? Jeżeli zaś nie były to żarty, a zbrodniarzem był jego właściwy ojciec, to jakże cierpiałby nad tym, że sprowadził klęskę na tego, któremu zawdzięczał życie! Po raz pierwszy uświadomił sobie, że właściwie jest tu w roli szpiega. Oczekiwać biernie i bezczynnie wśród takich okoliczności i z taką walką sprzecznych uczuć w piersi było najcięższą torturą. Uczepił się deseczek żaluzji, serce jego biło szybko i nierówno, ciało okryło się obfitym potem.
Przeszło chwil kilka.
Zauważył, że rozmowa była mniej ożywiona, zapadały chwile milczenia. Ale wciąż nie zachodziło nic niepokojącego ani godnego uwagi.
Nagle rozległ się brzęk szkła stłuczonego, a za nim słaby, głuchy stuk, jakby ktoś upadł głową na stół. W tejże chwili przeszywający krzyk rozległ się w ogrodzie.
— Coś ty zrobił — krzyczała panna Vandeleur — on umarł!