Mówiąc tak do siebie, zawrócił i pobiegł w dół ulicą Lepic, podczas gdy jego prześladowca gonił go z przeciwnej strony. Plan był źle obmyślony; musiał oczywiście wstąpić do najbliższej kawiarni i przeczekać, aż ustanie pościg. Ale Francis nie tylko nie miał doświadczenia i zdolności do prowadzenia drobnych wojen życia prywatnego, lecz nie poczuwał się do żadnej winy; zdawało mu się, że najwyżej może mu grozić nieprzyjemne spotkanie. Dziś wieczór odbył już pierwszą praktykę niemiłych rozmów; nie przypuszczał też jakiegoś niedomówienia ze strony panny Vandeleur. Cierpiał na ciele i duchu — ciało było jak zbite, dusza przeszyta boleśnie strzałami. Musiał przyznać, że pan Vandeleur miał język zabójczy.
Myśląc o ciosach, które nań spadły, przypomniał sobie też, że nie tylko wyszedł bez kapelusza, ale i że ubranie jego ucierpiało bardzo przy złażeniu po kasztanie. W pierwszym lepszym sklepie kupił sobie tani kapelusz filcowy i pobieżnie uporządkował na sobie ubranie. Pamiątkę panny Vandeleur zawiniętą w chustkę włożył do kieszeni od spodni.
Zaledwie odszedł kilka kroków od sklepu, gdy poczuł nagle wstrząśnienie; czyjaś dłoń ścisnęła go za gardło, do twarzy jego zbliżyła się czyjaś wściekła twarz, a otwarte usta zaczęły wrzeszczeć mu do ucha przekleństwa. Dyktator, nie trafiwszy na ślad swej ofiary, obrał inną drogę. Francis był silnym chłopakiem, ale nie dorównywał swemu przeciwnikowi ani siłą, ani zręcznością. Po bezskutecznej walce poddał się napastnikowi z rezygnacją.
— Czego pan chce ode mnie? — zapytał.
— Pomówimy o tym w domu — odparł dyktator, groźnie spoglądając.
I powlókł młodzieńca w górę ku domowi z zielonymi żaluzjami.
Ale Francis, chociaż już nie walczył, czekał tylko sposobności, by się wyrwać na wolność. Szarpnął się nagle, zostawiając kołnierz swej marynarki w rękach pana Vandeleur i jeszcze raz popędził co sił ku bulwarom. I tu odwróciła się karta. Jeżeli dyktator był silniejszy, Francis, będący w pełni swej młodości, biegał prędzej i uciekł niebawem, przedzierając się przez tłumy. Wolny był teraz, ale czuł rosnącą trwogę i zdziwienie, szedł żwawo, aż znalazł się na Placu Opery oświetlonym elektrycznością.
„Teraz — pomyślał — panna Vandeleur może być zadowolona”.
Skierował się na prawo po linii bulwarów, wszedł do Café American i kazał podać sobie piwa. Było za wcześnie lub za późno dla większości bywalców tej kawiarni. Tylko kilka osób, wyłącznie mężczyzn, ciemniało jak plamy rozrzucone po sali przy stolikach. Francis był zbyt pochłonięty swymi myślami, by zwrócić na nich uwagę.
Wyjął chusteczkę z kieszeni. Było w niej zawinięte safianowe pudełeczko z ozdobami i klamerkami ze złota. Za naciskiem sprężynki Francis otworzył je i ku przerażeniu swemu ujrzał monstrualnej wielkości diament, który rzucał oślepiające blaski. Wszystko to było tak niezrozumiałe, wartość kamienia tak olbrzymia, że Francis siedział, patrząc nieruchomo w otwarte pudełeczko, bez ruchu, bez świadomości, jak człowiek, który pod nagłym ciosem zidiociał.