Nagle na ramię jego lekko, lecz stanowczo opadła czyjaś dłoń, a głos spokojny, chociaż brzmiący rozkazująco, wymówił mu do ucha:
— Proszę zamknąć pudełeczko i opanować swój wyraz twarzy.
Podniósł wzrok i ujrzał człowieka jeszcze młodego, o powierzchowności spokojnej i ujmującej, ubranego z prostotą znamionującą jednak bogactwo. Człowiek ten wstał od sąsiedniego stolika, przyniósł swą szklankę i siadł obok Francisa.
— Proszę zamknąć pudełeczko — powtórzył cudzoziemiec — i włożyć je z powrotem do kieszeni, gdzie właściwie nie powinno by wcale się znajdować; jestem tego pewien. Proszę się postarać zmienić ten nieprzytomny wyraz twarzy i proszę się zachowywać, jakbym był pana znajomym, którego pan spotkał. Tak! Proszę trącić się szklanką ze mną. To lepiej. Boję się, proszę pana, że pan jest „amatorem”.
Cudzoziemiec wymówił te słowa ze szczególnym uśmiechem, oparł się o poręcz i zaciągnął się papierosem.
— Na litość boską — rzekł Francis — proszę mi powiedzieć, kim pan jest i co to znaczy? Dlaczego mam słuchać pana, nie wiem. Ale co prawda, uwikłałem się dziś wieczór w takie przygody i wszyscy ludzie na mej drodze zachowywali się tak dziwnie, że musiałem albo zwariować, albo przenieść się na inną planetę. Twarz pana wzbudza we mnie zaufanie, wydaje mi się pan rozumnym, dobrym i doświadczonym człowiekiem. Proszę mi powiedzieć, na Boga, czemu pan zwrócił się do mnie w tak dziwny sposób?
— Wszystko we właściwym czasie — odparł cudzoziemiec — musi mi pan wpierw odpowiedzieć, w jaki sposób Diament Radży trafił do pana?
— Diament Radży — powtórzył Francis jak echo.
— Nie mówiłbym tak głośno na miejscu pana — odparł drugi — ale na pewno ma pan Diament Radży w kieszeni, widziałem go w kolekcji sir Thomasa Vandeleur i trzymałem w ręku ze dwadzieścia razy.
— Sir Thomas Vandeleur! Generał! Mój ojciec! — zawołał Francis.