— Ojciec pana? — powtórzył nieznajomy. — Nie wiedziałem, że generał ma dzieci.

— Jestem synem nieślubnym, proszę pana — odparł Francis, rumieniąc się.

Tamten skłonił głowę poważnie. Był to ukłon pełen szacunku, ukłon człowieka w milczeniu przepraszającego równego sobie. I Francis, sam nie wiedząc czemu, uczuł ulgę, uczuł się pokrzepiony. Było mu dobrze w towarzystwie tego człowieka. Zdawało mu się, że uczuł grunt pod nogami. Odczuwał dla swego interlokutora coraz większy szacunek i machinalnie zdjął kapelusz, jakby w obecności zwierzchnika.

— Widzę — rzekł nieznajomy — że przygoda pana nie przeszła spokojnie. Ma pan oderwany kołnierz, podrapaną twarz i cięcie na skroni. Niech pan wybaczy mi moją ciekawość i wytłumaczy mi, skąd te obrażenia i w jaki sposób ma pan w kieszeni skradzioną rzecz tak olbrzymiej wartości.

— Myli się pan — odparł Francis gorąco — nie mam u siebie rzeczy skradzionej. Jeżeli ma pan diament na myśli, to dała mi go przed godziną panna Vandeleur na ulicy Lepic.

— Panna Vandeleur na ulicy Lepic! — odparł drugi. — Pan mnie zaciekawia więcej, niż pan przypuszcza. Proszę mówić dalej.

— O nieba! — zawołał Francis.

Pamięć jego uczyniła nagły skok i ujrzał pana Vandeleur biorącego jakąś rzecz z zanadrza otrutego gościa. Był teraz przekonany, że było to właśnie pudełeczko z safianu.

— Domyśla się pan czegoś? — zapytał nieznajomy.

— Proszę słuchać — rzekł Francis — nie wiem, kim pan jest, ale wydaje mi się pan człowiekiem uczynnym i godnym zaufania. Znalazłem się w dziwnych okolicznościach. Potrzebuję rady i pomocy, a ponieważ pan tego sobie życzy, opowiem panu wszystko.