— Dobrze — odrzekła — przypuszczam, że może pan zaczekać. Jestem sama, a pan nie wygląda na takiego, co chciałby zjeść dziewczynę. Ale proszę zachowywać się grzecznie, nie pytać o nazwisko tego pana, bo go nie powiem.
— Pani tak mówi? — zawołał Harry — To dziwne! Ale naprawdę od pewnego czasu napotykam wciąż niespodzianki. Jedno chyba pytanie mogę zadać nie popełniając niedyskrecji: czy ten pan jest właścicielem domu?
— Jest lokatorem, ale dopiero od ośmiu dni. A teraz pytanie za pytanie: czy pan zna lady Vandeleur?
— Jestem jej osobistym sekretarzem — odpowiedział Harry skromnie, ale z poczuciem dumy.
— Jest ładna, czyż nie? — ciągnęła dalej służąca.
— O, przepiękna! — zawołał Harry — cudowna, urocza, a niemniej dobra i miła.
— Pan sam jest dość miły — odparła — założę się, że wart pan tuzina pań Vandeleur.
Harry poczuł się oburzony.
— Ja! — zawołał. — Ja jestem tylko sekretarzem.
— Czy to do mnie pan pije? — rzekła dziewczyna. — Bo i ja jestem tylko służącą, proszę pana. — I, cofając się na widok jego zmieszania, dodała: — Wiem, że pan tak nie myślał, i podoba mi się pana spojrzenie. Ale nie jestem dobrego zdania o lady Vandeleur. O, te panie! — krzyknęła. — W jasny dzień posłać takiego dżentelmena jak pan z pudełkiem od kapelusza w ręku.