Widok dwóch znajomych dżentelmenów bijących się tak brutalnie, głęboko uraził Harry’ego. Pragnął zapomnieć o tym widoku, ale przede wszystkim chciał odgrodzić się od generała Vandeleur jak największą przestrzenią. Zapomniał nawet na razie o danym poleceniu i biegł przed siebie drżący i oszołomiony. Kiedy przypomniał sobie, że lady Vandeleur była siostrą jednego, a żoną drugiego zapaśnika, serce jego przepełniła sympatia dla kobiety, której los dał takie otoczenie. W świetle tych starć nawet jego własne położenie w tym domu nie wydawało mu się tak przyjemne jak zwykle.
Szedł tak jakiś czas, pogrążony w myślach, kiedy przechodzień potrącił go w przejściu i wtedy sobie przypomniał o pudełku od kapelusza.
— O nieba — zawołał — gdzie moja głowa? Dokądże to ja wędruję?
Spojrzał na kopertę, którą mu wręczyła lady Vandeleur. Był na niej adres, ale bez nazwiska. Harry miał tylko zapytać „o pana, który oczekuje paczki od lady Vandeleur”, i gdyby go nie było w domu, zaczekać na jego powrót. Pan ten miał, opiewała dyrektywa, dać w zamian pokwitowanie napisane ręką samej lady. Wszystko to wyglądało nader tajemniczo, Harry’ego najbardziej dziwiło pominięcie nazwiska i formalności kwitowania. Podczas rozmowy nie zastanawiał się nad tym, ale, odczytując teraz kartkę i zestawiając ten fakt z dziwnymi wypadkami dzisiejszego ranka, przekonywał się, że został wmieszany w niebezpieczne sprawy. Na chwilę zwątpił o lady Vandeleur, te sekretne procedery wydały mu się niegodnymi osoby o tak wysokim stanowisku. Odkąd zobaczył, że i wobec niego lady ma tajemnice, zaczął na nią patrzeć krytyczniej. Ale władza jej nad nim była tak wielka, że odrzucił wszelkie podejrzenia i począł sobie wyrzucać owe wątpliwości.
Ale i obowiązek, i interes, i uczciwość, i strach popychały go do jednego: do pozbycia się pudełka jak najprędzej, za wszelką cenę.
Pierwszego policjanta zapytał grzecznie o drogę. Okazało się, że jest już blisko miejsca przeznaczenia. Po kilku minutach dotarł do świeżo pomalowanego i utrzymanego bardzo starannie domku w małej uliczce. Kołatka i rączka od dzwonka były porządnie oczyszczone. Kwitnące doniczki ozdabiały gzymsy okien. Firanki z drogiej tkaniny kryły wnętrze przed okiem ciekawych przechodniów. Miejsce to pełne było tajemniczości i spokoju, a Harry pod tym wrażeniem zapukał dyskretniej niż kiedykolwiek, i staranniej niż kiedykolwiek oczyścił obuwie.
Służąca, miła dziewczyna, otworzyła natychmiast drzwi i spojrzała na sekretarza łaskawym okiem.
— Oto paczka od lady Vandeleur — rzekł Harry.
— Wiem — kiwnęła głową dziewczyna — ale pana nie ma w domu. Czy chce pan zostawić mi paczkę?
— Nie mogę — odrzekł Harry — kazano mi oddać ją pod pewnym warunkiem i niestety muszę poprosić, żeby mi pani pozwoliła zaczekać.