— A czy pan sądzi, generale Vandeleur — odparował Charlie — że moja siostra, ponieważ miała nieszczęście poślubić pana, straciła już wszelkie prawa i przywileje kobiety z towarzystwa? Zgadzam się, że fakt ten obniżył jej pozycję towarzyską, ale dla mnie jest ona zawsze urodzoną Pendragon. Do mnie należy chronić ją od zniewag i choćby pan był dziesięciokrotnie jej mężem, nie pozwoliłbym na ograniczenie jej wolności ani na zatrzymywanie jej posłańców.
— Jakże to, Mr. Hartley? — zapytał generał — zdaje się, że Mr. Pendragon jest mego zdania. On również podejrzewa, że lady Vandeleur ma coś wspólnego z cylindrem pańskiego przyjaciela?
Charlie spotrzegł, że popełnił niewybaczalny błąd, i co prędzej chciał go naprawić.
— Co, proszę pana? — zawołał — mówi pan, że podejrzewam? Nie podejrzewam nic. Ale kiedy widzę, że ktoś nadużywa swej siły i maltretuje niższych od siebie, pozwalam sobie zainterweniować.
Mówiąc to dał znak Harry’emu, ale ten był zbyt głupi czy zbyt zmieszany, by go zrozumieć.
— W jaki sposób mam wytłumaczyć sobie zachowanie się pana? — zapytał Vandeleur.
— Cóż, w jaki się panu podoba — odparł Pendragon.
Generał podniósł laskę, wymierzając cios w głowę Charliego. Ale ten, pomimo kulawej nogi, odbił cios parasolem, rzucił się i zwarł ze swym przeciwnikiem.
— Biegnij, Harry, biegnij — krzyczał — biegnij, ty bałwanie!
Harry stał przez chwilę jak skamieniały, patrząc, jak dwaj mężczyźni chwiali się w dzikim uścisku. Potem zawrócił i począł uciekać. Spojrzawszy przez ramię ujrzał jeszcze generała powalonego i przygnieconego kolanami Charliego, ale wciąż rozpaczliwie walczącego. Ogród napełnił się ludźmi zbiegającymi się zewsząd na miejsce bójki. Widok ten dodał sekretarzowi skrzydeł. Nie zwolnił kroku, aż dotarł do dzielnicy Bayswater i wszedł na chybił trafił w jakąś pustą uliczkę.