— Widział go pan? — powtórzył Utterson — i...

— Tak — rzekł Paweł — było to tak: wszedłem nagle z podwórza do sali wykładowej. Widocznie on właśnie wtedy wyszedł, by wziąć lekarstwo, gdyż drzwi do jego gabinetu były otwarte... Stał w sali wykładowej i szukał czegoś między słojami umieszczonymi na jednym ze stołów. Gdy mnie zobaczył, krzyknął i pędem pobiegł po schodkach do swej pracowni. Widziałem go tylko przez chwilkę; włosy zjeżyły mi się na głowie... Jeśli to był mój pan, to dlaczegóż miał maskę na twarzy? Jeśli to był mój pan, to dlaczego pisnął jak szczur i uciekł przede mną? Przecież służę u niego od przeszło dwudziestu lat...

Przerwał i potarł sobie ręką czoło.

— To wszystko są bardzo osobliwe okoliczności — rzekł Utterson — ale zdaje mi się, że zaczynam sobie zdawać z wszystkiego sprawę. Pańskiego pana, Pawle, nawiedziła jedna z tych chorób, które dręczą chorego, a zarazem zniekształcają go. Stąd to zapewne pochodzi ta zmiana głosu, stąd ta maska i ukrywanie się przed przyjaciółmi, stąd to pożądanie, by dostać jakie lekarstwo wypróbowane, po którym biedak spodziewa się uleczenia. Dałby Bóg, by to nie było złudą! Oto moje wytłumaczenie; jest ono smutne, Pawle, ale jeżeli się głębiej zastanowimy, jedynie naturalne, logiczne i konsekwentne.

— Panie Utterson — rzekł służący, na którego bladej twarzy wykwitło kilka czerwonych plam — ta osoba — to nie był mój pan. Mój pan — Paweł rozejrzał się i począł mówić szeptem — mój pan ma wielką, piękną postawę, a ta osoba to skarlałe jakieś indywiduum...

A gdy Utterson chciał zaprzeczyć, Paweł zawołał:

— Nie, nie, nie, czy sądzi pan, że po dwudziestu latach nie poznałbym swego pana? Czy sądzi pan, że nie wiem, jak wysoko we drzwiach sięga głowa mego pana, ja, który go co dzień tam widywałem? Nie, panie Utterson, ta osoba w masce to nie był doktor Jekyll. Bóg wie, kto to był, ale że nie mój pan, za to ręczę. Jestem przekonany, że tam popełniono morderstwo.

— Pawle — odparł adwokat — jeśli pan tak mówi, to moim jest obowiązkiem upewnić się co do tego. Aczkolwiek chciałbym oszczędzić mego przyjaciela, chociaż ta karteczka dowodzi, że jest jeszcze przy życiu, to jednak zmuszony jestem przystąpić do wyłamania drzwi wiodących do jego pokoju.

— Ach, panie Utterson, nareszcie dobre słowo! — zawołał służący.

— A teraz druga kwestia: kto pójdzie ze mną?