— Ja — brzmiała mocna odpowiedź.
— Dobrze — rzekł adwokat. — Cokolwiek z tego wyniknie, moją będzie rzeczą postarać się, by pan nic na tym nie stracił.
— W laboratorium jest siekiera — rzekł Paweł — ja się będę nią posługiwał, pan weźmie drąg do zgartywania13 ognia.
— Czy zdaje pan sobie sprawę — rzekł Utterson — że my obaj narażamy się teraz na pewne niebezpieczeństwo?
— Ma pan rację, rzeczywiście tak jest — odparł służący.
— Wobec tego byłoby dobrze, gdybyśmy byli ze sobą całkiem szczerzy. Mam wrażenie, że nie wszystko dopowiedzieliśmy sobie; niejedno myślimy, a nie mówimy. Więc powiedzmy sobie wszystko! Czy nie poznał pan tego człowieka w masce, czy nie przypuszcza pan, kto to może być?
— Osoba ta była tak skulona i biegła tak szybko, że gdyby mi kazano przysięgać, to odmówiłbym; ale gdyby mnie zapytano, oświadczyłbym: to był pan Hyde! Zupełnie ta sama wysokość i te same szybkie ruchy... A zresztą: któż by inny mógł dostać się przez drzwi prowadzące do laboratorium? Wie pan przecież, że miał on w czasie mordu klucz. Ale i to nie jest jeszcze wszystko. Nie wiem, czy pan spotkał kiedyś tego człowieka?
— Tak — rzekł adwokat — rozmawiałem raz z nim.
— Wobec tego wie pan przecież, że w tym człowieku tkwi coś osobliwego, coś niezwykłego, niewytłumaczonego. Nie wiem, jak by to wyrazić, najprędzej tak: widok jego przejmuje do szpiku kości...
— Muszę przyznać, że uczuwałem coś podobnego — rzekł Utterson.