— Gdy ta zamaskowana istota jak małpa odskoczyła od stołu z chemikaliami i popędziła schodkami do gabinetu, przeszło mi przez myśl: to musi być Hyde! Zapewne, nie mam absolutnej pewności; czytałem wiele książek kryminalnych i wiem, że należy mieć dowód niezbity na swe twierdzenia, ale człowiek ma wyczucie, instynkt jakiś dyktuje nam często prawdziwe twierdzenia, z całą zatem stanowczością utrzymuję, że to był Hyde!
— Tak, tak, tak — powtórzył trzykrotnie adwokat. — Moje obawy ziszczają się. Od samego początku lękałem się, że z tego kontaktu doktora Jekylla z owym pokracznym indywiduum wynikną złe następstwa. Zaprawdę, miał pan rację, Pawle. I ja jestem teraz przekonany, że biedny Henryk został zamordowany, a morderca, Bóg wie, w jakim celu, znajduje się jeszcze w pokoju swej ofiary. A więc dobrze, pomścimy śmierć doktora Jekylla! A teraz, Pawle, niech pan tu wezwie Bradshawa.
Po chwili wszedł wezwany; był blady i wzburzony.
— Uważaj pan, co powiem — rzekł Utterson. — Wiem, że niepewność ciąży na nas wszystkich, ale teraz mamy zamiar położyć jej ostateczny kres. Paweł i ja wtargniemy gwałtem do jego pokoju. Jeśli wszystko jest w porządku, niech się służba niczego nie lęka, ja wezmę wszystko na siebie. By jednak łotrowi nie dać żadnej możności wymknięcia się, wyjdzie pan wraz z kuchcikiem, każdy z was zaopatrzony w tęgi kij, na uliczkę i staniecie przed drzwiami prowadzącymi do laboratorium. Macie dziesięć minut czasu, by się dostać na swój posterunek.
Gdy Bradshaw wyszedł, adwokat wyjął zegarek i trzymał go w ręku przez dziesięć minut.
— A teraz, Pawle, udamy się na nasze stanowiska!
Wyszli na podwórze. Chmury przesłoniły księżyc; dokoła ścieliła się gęsta czerń. Paweł znał jednak każdą piędź ziemi w tym domu; po omacku dostali się do sali wykładowej. Zapalił świecę, usiedli i czekali. Wokoło było cicho, tylko z gabinetu dochodziły odgłosy kroków.
— Tak wędruje on przez cały dzień — szepnął Paweł — a ponadto przez większą część nocy. Tylko wtedy, gdy otrzymuje nową próbkę ze składu chemikaliów, następuje krótka pauza. Ach, musi to być kiepskie sumienie, które wywołuje w nim ten wieczny niepokój. W każdym jego kroku jest krew, zbrodniczo przelana krew. Niech pan uważnie się przysłucha, panie Utterson, i niech mi pan powie: czy jest to chód mojego pana?
Kroki to były lekkie, wykonywane z pewnym rozpędem, aczkolwiek chód był powolny. Faktycznie różniły się wielce od ciężkiego, mocnego stąpania Henryka Jekylla.
Utterson westchnął i zapytał: