O, z jaką rozkoszą myślałem o tym! Z jak radosną pokorą rozpoznawałem od nowa granice normalnego żywota, z jak szczerą rezygnacją zamknąłem drzwi, którymi w postaci Edwarda Hyde wykradałem się nocami!

Następnego dnia wyczytałem w gazetach, że morderstwo jest przedmiotem śledztwa, że wina Edwarda Hyde jest dowiedziona, że ofiarą jest bardzo poważana osobistość. Nie była to zatem tylko zbrodnia, lecz również i tragiczne błazeństwo.

Jekyll był teraz moją jedyną ochroną; wystarczyło, by Hyde na chwilę pojawił się, a wszyscy wokół schwytaliby go i oddali w ręce sprawiedliwości.

Postanowiłem zatem w przyszłości szeregiem dobrych uczynków odpokutować popełnione zbrodnie i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to moje postanowienie kilkakrotnie bardzo skutecznie wypełniłem.

Lecz jak klątwa tkwiła wciąż jeszcze we mnie dwoistość mej natury; w miarę upływu czasu rozluźniły się znowu węzły pętające pierwiastek zła w mej duszy; zbrodnicze instynkty znowu domagały się wyzwolin i ujawnienia. Ale na myśl mi nie przychodziło teraz, by przekształcić się w Edwarda Hyde; na samą myśl o tym ogarniał mnie szaleńczy strach. Nie, we własnej mej postaci nachodziła mnie znowu pokusa, by paktować ze swym sumieniem, i jako zwykły grzesznik uległem wreszcie znowu dawnym nałogom.

Wszystko ma swój koniec; wreszcie wyczerpać się musi woda nawet w najgłębszej studni. To ponowne poigranie z złymi mymi skłonnościami zniweczyło doszczętnie równowagę mej duszy. Znamienne jest, że nie doznawałem wtedy żadnego lęku; nawrót do dawnych nałogów wydał mi się rzeczą zupełnie oczywistą.

Był to piękny, jasny dzień styczniowy; śniegi topniały, niebo było bez chmur. Siedziałem na ławce w parku. Mój Boże, gdy tak zastanawiałem się głębiej nad sobą, byłem przecież taki sam jak moi bliźni, ba, jeśli porównam się z innymi ludźmi, to może lepszy; jestem człowiekiem czynu, silnej woli; a oni grzęzną w beznadziejnej bezwoli, obojętności... Ale w chwili gdy oddawałem się takim butnym i zarozumiałym myślom — uczułem straszne mdłości, niezwykłe osłabienie. Gdy poczułem się lepiej, zauważyłem zmianę w charakterze mych zapatrywań, pewne zobojętnienie wobec wszelkich niebezpieczeństw, wyzwolenie z okowów obowiązku. Spojrzałem na swą postać: ubranie zwisało z wychudłego ciała, ręka spoczywająca na kolanie była koścista i owłosiona. Byłem znów Edwardem Hyde...

Przed chwilą byłem powszechnie poważaną osobistością, człowiekiem zamożnym, lubianym, dobroczynnym — i oto jestem istotą bezdomną, ściganą, pogardzaną, oskarżoną o morderstwo, przeznaczoną na szubienicę...

Pod wpływem tej myśli nie straciłem jednak ani na chwilę pełni władz umysłowych. Niejednokrotnie już zauważyłem, że w mej drugiej postaci panuje jeszcze silniej mózg, że zmysły moje stają się bardziej elastyczne. Stało się więc, że w położeniu, w którym Henryk Jekyll byłby zapewne bezradny, Edward Hyde był panem sytuacji.

Mikstura moja znajdowała się w jednej z szuflad szafy w mym gabinecie. Ale jak się do niej dostać? Oto było zagadnienie chwili obecnej. Drzwi wiodące z pustego domu w bocznej uliczce do sali wykładowej i mego gabinetu poprzednio — jak już wspomniałem — zamknąłem i klucz zniszczyłem, rozbijając go na dwie części. Gdybym teraz popróbował dostać się do mego domu przez główne wejście, moja własna służba wydałaby mnie w ręce sprawiedliwości. Doszedłem więc do przekonania, że muszę użyć innego sposobu; pomyślałem o Lanyonie. Ale jak się do niego dostać? Gdybym nawet uniknął aresztowania na ulicy, to jak do niego dotrzeć? I w jaki sposób mógłbym w postaci obszarpańca, obskurnego Edwarda Hyde skłonić znanego i znakomitego lekarza, by włamał się do gabinetu swego kolegi — doktora Jekylla? Wtedy wpadło mi na myśl, że mogę przecież mimo wcielenia w swą drugą postać pisać dawnym swym pismem — pismem Jekylla. Skoro na ten pomysł wpadłem, uświadomiłem sobie już zupełnie dokładnie, co mam robić. Dorożką pojechałem do hotelu przy ulicy Portland; na mój widok ze wszech miar komiczny nie mógł się dorożkarz powstrzymać od śmiechu. Zgrzytnąłem zębami, wściekłość ogarnęła mnie, dziko nań spojrzałem; uśmiech zniknął z jego twarzy na jego szczęście, a raczej bardziej jeszcze na moje szczęście, gdyż następnej chwili byłbym się zapewne na niego rzucił.