Gdy wchodziłem do hotelu, miałem tak ponurą twarz, że służba hotelowa drżała na mój widok. W mej obecności nie odważyli się ci ludzie rzec ani słowa, zaprowadzili mnie do pokoju i przynieśli przybory do pisania, których natychmiast zażądałem.
Hyde w niebezpieczeństwie życia! Była to nowa dla mnie transformacja tej istoty. A była ona szatańsko chytra; wysiłkiem woli opanowała swą żądzę, swą namiętność — i napisała dwa listy: jeden do Lanyona, drugi do Pawła. By mieć pewność, że zostaną wysłane, polecił je Hyde nadać na poczcie za recepisem zwrotnym23.
Potem siedział przez cały dzień w pokoju hotelowym i gryzł paznokcie. Kazał sobie przynieść szereg potraw i stwierdził, że kelner usługuje mu z wielką odrazą. Potem, gdy noc zapadła, wyszedł, wziął dorożkę i kazał się wozić ulicami miasta.
Powiadam „on”, nie mogę bowiem mówić „ja”. Szatan ten nie miał w sobie bowiem nic więcej ludzkiego, był w nim tylko lęk i nienawiść. Ze strachu, by woźnica nie zaczerpnął z obwożenia tak niesamowitego pasażera jakichś podejrzeń, opuścił dorożkę i począł wałęsać się po ulicach w swym zwisającym z ciała ubraniu, zwracającym przecież swą dziwacznością powszechną uwagę. Szedł prędko, pędzony strachem, przekradał się przez odludne uliczki, liczył minuty dzielące go od północnej godziny. Jakaś kobieta zaczepiła go, chciała mu sprzedać pudełko zapałek. Uderzył ją w twarz i uciekł...
Gdy się wreszcie znalazłem w mieszkaniu Lanyona, przerażenie mego starego przyjaciela wywarło na mnie pewne wrażenie.
Zaszła we mnie teraz wielka zmiana. Nie dręczył mnie więcej strach przed stryczkiem, lecz przerażenie, że jestem znowu Edwardem Hyde’em.
Jak we śnie dotarłem do domu i położyłem się do łóżka. Po przejściach tego dnia byłem tak wyczerpany, że natychmiast zasnąłem: spałem długo i mocno; nawet trapiące sny nie zdołałyby zmącić tej gwałtownej potrzeby wypoczynku.
Następnego ranka obudziłem się pokrzepiony i odświeżony fizycznie. Wprawdzie ze zgrozą myślałem o bydlęciu, które we mnie tkwi — ale przynajmniej byłem w domu, we własnym mieszkaniu, mając pod ręką moje tynktury i sole. Dusza moja była przepojona radością, iż udało mi się wydostać z okropnej sytuacji dnia wczorajszego.
Spokojnie przechadzałem się po śniadaniu na podwórzu i rozkoszowałem się rześkim powietrzem poranka, gdy mnie ogarnęło znowu owo niesamowite wrażenie, zwiastujące moją transformację. Miałem tylko tyle czasu, by się schronić i ubezpieczyć w mym pokoju; owładnęły mną znowu namiętności Edwarda Hyde. Tym razem zażyć musiałem podwójnej dawki, by wrócić do pierwszego stanu; ach, w sześć godzin potem, gdy przygnębiony siedziałem przy kominku i wpatrywałem się w ogień, wróciły bóle transformacji i musiałem się znowu posłużyć miksturą.
Słowem, od tego dnia używać mogłem powłoki zewnętrznej Jekylla tylko przy największym wysiłku i tylko po bezpośrednim użyciu mego eliksiru. O każdej godzinie, dniem i nocą, ogarniał mnie ów niewytłumaczalny wstrząs, ostrzegający przed dokonującą się przemianą; przede wszystkim zaś, gdy choćby na chwilę w fotelu zasypiałem, budziłem się zawsze jako Hyde. Pod ciężarem tej klątwy, wiecznie nade mną wiszącej, a dalej wskutek bezsenności, na którą byłem obecnie skazany — stawałem się fizycznie i duchowo coraz słabszy, marniałem, trawiony gorączką, niepokojem, przerażeniem; władało mną tylko jedno uczucie: groza przed mym drugim „ja”. Ale gdy spałem lub gdy działanie eliksiru stawało się słabsze, wyłaniał się ze mnie świat najokropniejszych widzeń, majaków, zmor, dusza moja wrzała niczym nieuzasadnioną nienawiścią, ciało moje nie było dość silne, by w sobie mieścić te rozpętane energie życiowe. Siły Edwarda Hyde stopiły się w jedno ze słabowitością Henryka Jekylla. Wreszcie nienawiść, która dotychczas obu dzieliła, stała się po obu stronach jednaka. U Jekylla było to następstwem popędu samozachowawczego. Uświadomił sobie teraz w całej pełni ohydę owego stworzenia, z którym dzielił obecnie kilka zjawisk świadomości. Hyde był dla niego mimo całej swej energii życiowej nie tylko czymś szatańskim, lecz również czymś nieorganicznym. Nienawiść Hyde’a w stosunku do Jekylla była innego rodzaju. Lęk jego przed stryczkiem skłaniał go stale do unicestwiania swej osobowości, do znikania w postaci Jekylla, której był tylko częścią składową, a nie własną indywidualnością. Ale Hyde nienawidził tego przymusu ukrywania się w postaci Jekylla, oburzał się na obrzydzenie, z jakim Jekyll myślał o swym drugim „ja”. Stąd pochodziły owe małpie figle, które mi często płatał, gdy na przykład wpisywał do moich zapisków i notatek bluźnierstwa, gdy palił listy mojego ojca lub brudził kałem jego portret. Tylko lęk przed śmiercią powstrzymywał go od samobójstwa, które chciał popełnić, byle tylko również i mnie wciągnąć w swe zatracenie, upadek, unicestwienie. Idę jeszcze dalej: gdy się zastanawiam, jak mocno, ordynarnie, gwałtownie, kurczowo trzymał się mnie, gdy wciąż widzę, jak się mnie lęka, ponieważ ode mnie to zależy zniweczyć go przez samobójstwo — uczuwam jeszcze litość dla niego w mym sercu.