— Hyde? — powtórzył Lanyon. — Nie, nigdy o takim nie słyszałem...

To była jedyna informacja, którą adwokat otrzymał.

Spędził noc bezsennie. Umysł jego pracował intensywnie. Leżał w wielkim swym łóżku, w ciemności, otoczony pytaniami i widzeniami.

Wybiła godzina szósta na zegarze kościoła znajdującego się w pobliżu jego mieszkania, a Utterson wciąż jeszcze rozpatrywał ten sam problemat. Dotychczas zajmował on tylko jego mózg, obecnie owładnął jego wyobraźnią. Gdy tak leżał i rzucał się na łóżku w ciemności nocy, opowiadanie Enfielda przeciągało przed jego oczyma jakby pasmo świetlnych obrazów. Widział oświetlone rzęsiście miasto, potem postać człowieka pośpiesznie idącego, potem dziecko biegnące od lekarza do domu, potem jakąś poczwarę rzucającą się na to dziecko i pędzącą naprzód bez zwrócenia uwagi na krzyk dziecięcy... To znów widział pokój w bogatym domu, w którym przyjaciel leżał, śniąc, uśmiechając się we śnie, a potem otwierały się drzwi tego pokoju, ktoś wstrząsał śpiącym — i oto obok niego stała jakaś postać... Biedny Utterson czasem na chwilę zasypiał, lecz niebawem się budził i zdało mu się, że coraz szybciej wiruje dokoła jasno oświetlonych domów, że na każdym skręcie ulicy pada z wrzaskiem obalone dziecko, a jakaś postać pędzi, goni, ucieka... I wciąż ta postać nie ma twarzy, po której by ją można było poznać; również i w swych rozlicznych przemianach postać ta nie ma twarzy, a właściwie ma tylko jedną zamgloną, rozpływającą się... W duszy adwokata rosła nieposkromiona żądza zobaczenia rysów twarzy prawdziwego pana Hyde... „Gdybym — myślał — raz tylko mógł mu spojrzeć w twarz, cała tajemnica z pewnością wyjaśniłaby się tak, jak to zawsze dzieje się z tajemniczymi rzeczami, jeśli się je dokładnie obejrzy pod lupą...”. Wtedy znalazłby zapewne też wytłumaczenie dziwnego testamentu swego przyjaciela Jekylla. Co najmniej zobaczyłby twarz godną widzenia. Twarz człowieka pozbawionego litości, twarz, na której widok w duszy tak spokojnego i beznamiętnego człowieka jak Enfield powstało trwałe uczucie nienawiści...

Od tego czasu począł Utterson szpiegować drzwi w małej uliczce, drzwi prowadzące do tajemniczego, pozbawionego okien domu.

Rano przed biurem, w południe podczas przerwy obiadowej, wieczorem przy świetle księżyca, w każdej wolnej chwili, w największej samotności i w największym zgiełku ulicznym zastać można było adwokata na posterunku, na przeszpiegach...

Wreszcie cierpliwość jego została nagrodzona. Było to pewnej pięknej, suchej nocy; powietrze było mroźne, ulice puste, pokryte gołoledzią, latarnie rzucały mgliste światło na mrokami zasnute miasto. Około godziny dziesiątej, gdy wszystkie sklepy były zamknięte a ulice puste, zapanowała wokół taka cisza, iż krok przechodnia dudnił po bruku i z dala można go było usłyszeć. Utterson stał już czas jakiś na swym posterunku, gdy uwagę jego zwróciły dziwne jakieś kroki. Właściwie niczym nie różniły się od sposobu chodzenia zwykłych przechodniów, samotnie skądś idących nocą ulicami — ale jakieś przeczucie, jakiś instynkt podszeptywał mu, że oto zbliża się ktoś, kto odgrywa w trapiącej go aferze wybitną rolę. Wycofał się wtedy do wnęki i obserwował w wielkim napięciu.

Wkrótce dostrzegł adwokat zbliżającego się człowieka. Był bardzo skromnie ubrany, niski; już z odległości budził jakieś nieprzyjemne wrażenie; w całej postaci tkwiło coś niesamowitego. Człowiek ten szedł środkiem ulicy, jakby sobie chciał zaoszczędzić drogi; szedł wprost w stronę domu bez okien, a doszedłszy doń, wyjął z kieszeni klucz.

Utterson zbliżył się i, dotknąwszy ręką ramienia przechodzącego człowieka, zapytał:

— Pan Hyde, jeśli się nie mylę?