— Ojciec mój się ukrywa! — zawołała.
— Droga — przekonywałem, po raz pierwszy zapomniawszy dodać „pani” — cóż mnie to obchodzi? Niech się ukrywa dwadzieścia razy, czy zmieni to w pani choć jedną myśl?
— Tak, ale przyczyna — mówiła w podnieceniu — przyczyna... — głos jej się załamał — na nas ciąży hańba!
IV. W jak straszny sposób dowiedziałem się, że nie jestem sam w lesie Graden
Oto historia mojej żony, którą wydobyłem z niej wśród szlochania i łez. Nazywała się Klara Huddlestone; brzmiało to pięknie w mym uchu, ale mniej pięknie niż inne imię — Klary Cassilis, które nosiła przez dłuższą i, dzięki Bogu, szczęśliwszą część swego życia. Ojciec jej, Bernard Huddlestone, był bankierem prywatnym i prowadził interesy na wielką skalę. Przed kilku laty, gdy interesy jego zachwiały się, chwycił się sposobów niebezpiecznych, a nawet zbrodniczych, aby ocalić się od ruiny. Wszystko było nadaremne. Wikłał się coraz bardziej, wreszcie stracił od razu i honor, i mienie. W tym czasie Northmour asystował jego córce, mało przez nią do tego zachęcany. Wiedząc o jego uczuciach, Huddlestone zwrócił się do niego o pomoc. Obawiał się nie tylko hańby i ruiny, nie tylko sądu, który nieszczęśliwy człowiek ściągnął na swoją głowę. Zapewne z lekkim sercem poszedłby do więzienia. Obawiał się niespodziewanego, skrytobójczego i bezprawnego zamachu na swoje życie. To odbierało mu sen w nocy i budziło go z drzemki. Wtedy szalał z trwogi. Chciał zagrzebać się gdzieś z dala od świata, na jednej z wysp na południu Oceanu Spokojnego i jacht Northmoura, „Red Earl”, miał go tam zawieźć. Jacht zabrał ich w tajemnicy z brzegów Walii i zawiózł do Graden, potem odpłynął do stoczni w celu naprawy uszkodzeń i zaopatrzenia się we wszystko na długą podróż. Klara nie wątpiła, że rękę jej przyrzeczono jako cenę ocalenia. Bo chociaż Northmour nigdy nie uchybił grzeczności i rycerskości, jednak czasami w mowie i zachowaniu się pozwalał sobie za wiele.
Słuchałem z naprężoną uwagą i wypytywałem o to, co mi się wydawało niejasne i tajemnicze, ale na próżno. Nie wiedziała, jaki cios miał ich spotkać ani też skąd miał spaść. Strach ojca był niekłamany, pogrążał go w rozpaczy i przygnębiał fizycznie. Nieraz myślał on o tym, by oddać się bez zastrzeżeń w ręce policji. Ale planu tego zaniechał, gdyż był przekonany, że nawet mury więzień angielskich nie ochronią go od jego prześladowców. Miał on w ostatnich latach sprawy z Włochami i z rezydentem włoskim w Londynie. I stamtąd to oczekiwał nieuchronnego ciosu. Ujrzawszy na pokładzie „Red Earla” majtka-Włocha, przeraził się i robił z tego powodu gorzkie wymówki Northmourowi. Ten odpierał zarzuty i twierdził, że Beppo (imię majtka) jest pewnym chłopcem i że można mu zaufać na śmierć i życie. Ale Huddlestone nie dał się przekonać i ciągle utyskiwał37, że wszystko przepadło, że zguba jest tylko kwestią dni i że Beppo będzie jej przyczyną.
Cała historia wydała mi się halucynacją człowieka skołatanego nieszczęściem. Poniósł ciężkie straty, spekulując38 walorami39 włoskimi i odtąd Włoch w jego nocnych majaczeniach wydawał mu się symbolem zguby.
— Ojcu pani — oświadczyłem — trzeba dobrego doktora i lekarstw uspakajających.
— Ale pan Northmour? — zauważyła Klara. — On nie poniósł strat, a podziela obawy mego ojca.
Nie mogłem się nie uśmiać z tego, co poczytywałem za jej naiwność.