— Droga — powiedziałem do niej — sama mi pani mówiła, jakiej zażądał nagrody. Jeżeli Northmour podnieca strach ojca pani, to nie dlatego, że wierzy w tych tam Włochów, lecz dlatego, że jest zakochany w pewnej zachwycającej Angielce.
Przypomniała mi, jak byłem napadnięty przez niego w noc wylądowania. Nie umiałem tego objaśnić. W końcu postanowiliśmy, że udam się do pobliskiej wioski rybackiej, Graden Western, przejrzę ostatnie gazety i zorientuję się, czy grozi jakie niebezpieczeństwo. Nazajutrz na tym samym miejscu40 miałem jej złożyć sprawozdanie. O odjeździe moim nie było już mowy. Z obecności mojej zdawała się czerpać poczucie bezpieczeństwa i nadzieję pomocy. A i ja sam nie byłbym jej teraz opuścił41, choćby mnie na klęczkach o to błagała.
Dotarłem do Graden Western o dziesiątej rano, gdyż byłem wtedy tęgim piechurem, odległość zaś wynosiła zaledwie siedem kilometrów. Odbyłem miłą przechadzkę po trawie. Wioska ta jest położona hen, na końcu świata. W zagłębieniu wznosi się kościół. Port wśród skał, o które rozbiło się niejedno czółno42 wracające z połowu. Kilkadziesiąt domów kamiennych, ustawionych wzdłuż wybrzeża i dwóch ulic, z których jedna prowadzi do portu, druga, pod prostym kątem, odbiega od niego. Na rogu tych ulic stoi ciemna i niemiła oberża, główny hotel miejscowy.
Byłem ubrany teraz odpowiednio do mego stanowiska społecznego, by móc złożyć wizytę pastorowi, który mieszkał w małym domku obok cmentarza. Poznał mnie, chociaż widziałem go po raz ostatni przed dziewięciu laty43. Kiedy powiedziałem mu, że odbywam wycieczkę turystyczną i straciłem zupełnie nić zdarzeń, zaopatrzył mnie w gazety z ostatniego miesiąca. Z paczką pism poszedłem do oberży, zamówiłem sobie śniadanie i zacząłem studiować „bankructwo Huddlestone’a”.
Była to afera okropna w całym tego słowa znaczeniu. Tysiące osób straciło swe mienie; jeden z poszkodowanych zastrzelił się po zawieszeniu wypłat. Mimo to zaczynałem sympatyzować raczej z panem Huddlestone niż z jego ofiarami. Tak wielka już wtedy była we mnie siła miłości ku mojej żonie. Na głowę jego nałożono cenę. Ponieważ był to fakt niezwykły i opinia publiczna była niesłychanie wzburzona, wyznaczono za ujęcie bankruta cenę bardzo wysoką — 750 funtów szterlingów44. Pisano, że ma przy sobie duże sumy pieniędzy. Jednego dnia donoszono, że go widziano w Hiszpanii; nazajutrz głoszono z całą pewnością, że ukrywa się między Liverpoolem i Manchesterem albo na brzegach Walii. Wkrótce znów depesza45 donosiła, że wysiadał na brzegu Lucatanu czy Kuby. Ale ani o Włochach, ani też o żadnej tajemnicy nie było mowy.
W ostatnim numerze gazety była jednak wiadomość niejasna. Kontrolerzy, sprawdzający sumę upadłości i rachunki bankruta, znaleźli wśród nich tysiączną kwotę, która przez pewien czas figurowała w obrotach domu Huddlestone’a. Niewiadome było pochodzenie tej sumy i w tajemniczy sposób znikła ona z rachunku. Raz tylko była oznaczona literami „X. X.”, ujawniła się zaś w obrocie dopiero w okresie wielkiej depresji finansowej bankiera przed sześciu laty. Za właściciela tej sumy uważano pewnego członka królewskiego domu i krążyły o tym mętne pogłoski. „Ten tchórz i desperat46” — tak tytułował go dziennik — uciekł podobno z większą częścią tej sumy i ma ją przy sobie.
Rozmyślałem nad tymi faktami i nad tajemniczym niebezpieczeństwem grożącym bankierowi, gdy człowiek jakiś wszedł do oberży i zażądał chleba i sera, mówiąc silnie cudzoziemskim akcentem.
— Siete Italiano?47 — zapytałem.
— Si, Signore48 — brzmiała odpowiedź.
Zauważyłem, że to rzecz niezwykła znaleźć południowca tak daleko na północy. Zazwyczaj żaden z nich tu nie dociera. Na to Włoch odpowiedział, że każdy szuka roboty, gdzie może. Zastanowiło mnie, co za robotę mógł znaleźć w oddalonej wiosce rybackiej. Niemile uderzony tym spotkaniem, zapytałem się gospodarza oberży, gdy mi wydawał resztę, czy widział kiedy Włochów w tej wioseczce. Odrzekł mi, że gościli tu kiedyś rozbitkowie z Norwegii.