— Zanim dzień upłynie — mówił — wszyscy będziemy wymordowani i wrzuceni w ruchome piaski. Mnie to na pewno nie minie.

Wzdrygnąłem się mimo woli na wspomnienie ruchomych piasków, ale przypomniałem Northmourowi, że nieprzyjaciele nasi mnie oszczędzili.

— Nie łudź się nadzieją — odparł. — Wtedy nie byłeś w jednej łodzi ze starym, a teraz jesteś. Jest to zguba dla nas wszystkich, zapamiętaj moje słowa.

Zadrżałem o Klarę. A w tej chwili właśnie usłyszałem słodki jej głos wzywający nas na górę. Northmour pokazał mi drogę i, wszedłszy po schodach, zapukał do drzwi pokoju zwanego zazwyczaj „sypialnią mego wuja”, ponieważ krewny Northmoura, który budował pawilon, przeznaczył ten pokój dla siebie.

— Proszę wejść, Northmour, proszę wejść, drogi panie Cassilis — powiedział głos z wewnątrz.

Northmour pchnął drzwi i wpuścił mnie przed sobą. Wchodząc, widziałem, jak córka wśliznęła się do przyległego pokoju przeznaczonego dla niej. Łóżko było teraz przesunięte pod ścianę, a nie stało na wprost okien jak wtedy, gdy oglądałem ten pokój. Siedział w nim Bernard Huddlestone, zbankrutowany bankier. Chociaż źle mu się przypatrzyłem wówczas w nocy przy słabym świetle latarki, bez trudności poznałem go teraz. Miał długą, żółtą twarz, otoczoną rudymi faworytami56 i brodą. Jego ścięty nos i wystające kości policzkowe czyniły go podobnym do Kałmuka57. Jasne oczy płonęły gorączką i podnieceniem. Na głowie miał czapeczkę z czarnego jedwabiu. Na łóżku leżała otwarta ogromna Biblia, a na niej para złotych okularów, stos innych książek wznosił się obok na stoliku. Zielone firanki rzucały trupi cień na jego twarz. Gdy tak siedział — oparty o poduszki, boleśnie zgarbiony, głowa jego zwisała aż nad kolanami. Sądzę, że gdyby nie umarł w inny sposób, zginąłby w ciągu kilku tygodni z wyczerpania.

Wyciągnął ku mnie rękę, długą, cienką i nieprzyjemnie owłosioną.

— Proszę, proszę wejść, panie Cassilis — powiedział. — Jeszcze jeden obrońca, jeszcze jeden! Miło mi pana powitać jako przyjaciela mojej córki. Jakże są mi oddani przyjaciele mojej córki. Niech Bóg ich za to wynagrodzi i pobłogosławi.

Podałem mu rękę, nie mogąc tego uniknąć. Ale nie poczułem dla niego sympatii, którą gotów byłem mieć dla ojca Klary. Zraził mnie obłudny, słodki jego ton.

— Cassilis to dobry człowiek — rzekł Northmour. — Wart dziesięciu.