— Ach! — odparł, potrząsając głową. — Próbowałem to zrobić, panie Cassilis, ale nie, oni chcą krwi.

— Huddlestone, to brzydko z pana strony — rzekł Northmour. — Ofiarowałeś im pan tylko o dwa tysiące funtów za mało. Deficyt wart jest wzmianki. I widzisz, Frank, oni sobie jasno na swój włoski sposób rozumują; wydaje im się, jak i mnie, że mogą mieć obie rzeczy, dla których go prześladują: i krew, i pieniądze i nie mieć już żadnego kłopotu z tej rozrywki nadprogramowej.

— Czy pieniądze są w pawilonie? — zapytałem.

— Tak, są tutaj, ale chciałbym, aby były na dnie morza — rzekł Northmour i nagle huknął na Huddlestone’a, od którego się odwróciłem: — Co znaczą te miny pańskie? Czy myśli pan, że Cassilis sprzeda pana?

Pan Huddlestone przeczył gorąco, że podobna myśl nie postała mu nawet w głowie.

— To dobrze — odrzucił Northmour najniegrzeczniej, jak umiał. — Skończy się na tym, że nas pan znudzi. Co chciałeś powiedzieć? — zwrócił się do mnie.

— Chciałem zaproponować zajęcie na popołudnie: wynieśmy wszystkie te pieniądze, co do sztuki, przed dom. Jeżeli karbonarowie przyjdą, to zabiorą je. Bądź co bądź, jest to ich własność.

— Nie, nie — zawołał Huddlestone — to nie jest ich, to nie może do nich należeć. To musi być rozdzielone ratami między wierzycieli.

— Daj pan spokój, tego nie będzie — rzekł Northmour.

— Tak, ale moja córka — jęczał nieszczęśliwy.