— Córka pańska nie zginie. Oto są dwaj konkurenci, Cassilis i ja, a żaden z nas nie jest żebrakiem. Wybierze jednego z nas. Co do pana, to dosyć tej polemiki: nie ma pan prawa ani do grosza z tej sumy, zresztą umrze pan niebawem.

Słowa te były okrutne, ale pan Huddlestone wzbudzał tak mało sympatii, że chociaż widziałem, jak wił się i wstrząsał, w duchu uznawałem je za słuszne.

— Ja i Northmour — rzekłem — chcemy pomóc panu uratować życie, ale nie uciec ze skradzioną własnością.

Walczył z sobą, tłumiąc gniew, ale ostrożność nakazywała mu ustąpić.

— Moi drodzy chłopcy — rzekł — róbcie ze mną i z moimi pieniędzmi, co chcecie, składam to w wasze ręce. Dajcie mi teraz się uspokoić.

Odeszliśmy z uczuciem ulgi. Widziałem jeszcze, jak wziął znów Biblię i drżącymi rękami wkładał okulary.

VII. Groźba przez okno pawilonu

Nigdy nie zapomnę tego popołudnia. Northmour i ja byliśmy przekonani, że napad jest nieunikniony. Gdyby od nas zależało zmienić bieg wypadków, bylibyśmy ten napad raczej przyśpieszyli60, niż odwlekali. Tak ciężkie i nieznośne było dla nas oczekiwanie. Nie byłem nigdy molem książkowym, choć lubiłem czytać; ale żadne książki nie wydały mi się tak niedorzeczne, jak te, które kolejno odrzucałem wtedy w pawilonie. Nawet rozmowa się nie kleiła. Oczekiwaliśmy wciąż w naprężeniu, nasłuchując, chwytając każdy dźwięk, nawet szum wiatru wśród wydm. Ale dotąd nie było ani śladu naszych wrogów.

Roztrząsaliśmy wciąż mój projekt dotyczący pieniędzy. Nie bylibyśmy go wykonali61 w stanie zupełnej równowagi. Ale byliśmy tak zatrwożeni, że chwytaliśmy się źdźbła, jak tonący brzytwy, i postanowiliśmy wystawić pieniądze, chociaż w ten sposób zdradzaliśmy obecność Huddlestone’a w pawilonie. Suma ta składała się częściowo z monety brzęczącej, częściowo z papierów bankowych i czeków na imię Johna Gregory. Wzięliśmy ją, przeliczyliśmy, włożyliśmy znowu do skrzynki pocztowej należącej do Northmoura i przygotowaliśmy list po włosku, który mieliśmy dołączyć. Podpisaliśmy go obaj, dodając przysięgę, że jest to wszystko, co ocalało z ruiny banku Huddlestone’a. Oczywiście, był to czyn najszaleńszy, chociaż dokonany przez dwóch ludzi zdrowych na umyśle. Gdyby skrzynka wpadła w ręce niepowołane, byłaby dowodem przeciwko nam, podstawą do wytoczenia nam sprawy kryminalnej. Ale nie rozumowaliśmy wtedy całkiem trzeźwo, a byliśmy tak zdenerwowani, że musieliśmy wyładować nasz niepokój raczej w byle jakim czynie, niż znosić tę agonię oczekiwania. Prócz tego byliśmy przekonani, że w zagłębieniach wydm pełno jest szpiegów i ukazanie się nasze ze skrzynką może doprowadzić do nawiązania rokowań, a może i kompromisu.

Dochodziła trzecia, gdy wyszliśmy z pawilonu. Deszcz ustał, słońce świeciło prawie wesoło. Nigdy jeszcze mewy nie latały tak blisko domu, nie bojąc się wcale ludzi. Gdy byliśmy na progu, jedna z mew zatrzepotała skrzydłami tuż nad naszymi głowami i krzyknęła żałośnie tuż nad uchem.