— To omen dla ciebie — rzekł Northmour, przesądny jak wszyscy wolnomyśliciele. — One myślą, że już umarliśmy.
Zaprzeczyłem, ale bez przekonania — ten krzyk ptaka zrobił wrażenie na mnie.
Tuż przed bramą, na gładkiej trawie postawiliśmy skrzynkę, a Northmour zaczął powiewać białą chustką nad głową. Nikt nie odpowiadał. Podnieśliśmy głos, wołając, że jesteśmy posłami, którzy chcą rozstrzygnąć spór. Ale ciszy nic nie przerywało, prócz szumu morza i krzyku mew. Z ciężkim sercem daliśmy temu pokój. Nawet Northmour był niezwykle blady i obejrzał się przez ramię, jakby w obawie, że ktoś się prześliznął między nim a drzwiami pawilonu.
— Na Boga — wyszeptał. — Tego już dla mnie za wiele.
Odparłem równie cicho:
— A może ich wcale nie ma?
— Popatrz tam — wskazał mi ruchem głowy, jakby bojąc się wyciągnąć dłoń.
Spojrzałem we wskazanym kierunku i ujrzałem słup dymu w północnej części lasu, wznoszący się ku bezchmurnemu niebu.
— Northmour — powiedziałem (mówiliśmy wciąż szeptem) — nie mogę dłużej wytrzymać w niepewności. Wolę stokrotnie śmierć. Zostań tu na straży przy pawilonie. Pójdę naprzód i zmiarkuję62, czy mam iść wprost do ich obozu.
Obejrzał się dokoła, mrużąc oczy, potem skinął na znak zgody.