— Northmour — krzyknąłem — jeżeli ani sam jej nie pomagasz, ani mnie nie pozwalasz, nie pozostaje mi nic innego, jak zabić ciebie.
— Tak będzie lepiej — krzyknął. — Niech umrze i ona. Odejdź od niej! Wstawaj i chodź bić się!
— Zwracam twoją uwagę — rzekłem, podnosząc się — że jeszcze jej nie pocałowałem.
— Ośmiel się tylko — krzyknął.
Nie wiem, co mi się stało — ale zawsze się tego wstydziłem, chociaż żona moja mówiła, że pocałunki moje były dla niej zawsze miłe. Przyklęknąłem przy niej, rozgarnąłem jej włosy z czoła na dwie strony i z najwyższą czcią przycisnąłem na chwilę usta do jej zimnego czoła. Była to pieszczota ojca — pieszczota człowieka skazanego na śmierć dla umarłej kobiety.
— A teraz, panie Northmour — rzekłem — jestem do usług pańskich.
Ale ku zdziwieniu memu odwrócił się tylko ode mnie.
— Czy słyszysz? — zapytałem.
— Tak, słyszę — odpowiedział. — Możemy się bić, jeżeli chcesz, jeżeli nie, idź i ratuj Klarę, wszystko mi jedno.
Nie kazałem sobie tego powtarzać, rzuciłem się do Klary i próbowałem przywrócić ją do życia. Leżała wciąż martwa i blada. Zacząłem się obawiać, że słodka jej dusza odleciała i nie można jej już przywołać z powrotem; ogarnęła mnie rozpacz. Wołałem na nią słowami pieszczoty, rozcierałem i ogrzewałem jej ręce, opuszczałem jej głowę, to znów kładłem sobie na kolana. Ale wszystko było na próżno, powieki jej były zawarte72.