— Northmour — rzekłem — oto mój kapelusz. Na litość boską, przynieś trochę wody ze źródła.
Po chwili był już z powrotem z wodą.
— Przyniosłem w moim kapeluszu — powiedział. — Nie rozgniewasz się na to uprzywilejowanie?
— Northmour... — zacząłem, zwilżając wodą jej skronie i pierś, ale on przerwał mi dziko:
— Milcz, najlepiej nie mów nic!
Nie miałem też wcale ochoty do rozmowy, gdy w omdleniu leżała moja ukochana, i znów krzątałem się koło niej, chociaż ciągle na próżno. Gdy kapelusz był pusty, podałem go Northmourowi z jednym słowem:
— Więcej.
Przynosił wodę kilkakrotnie, zanim Klara otworzyła oczy.
— Teraz, kiedy jej lepiej — rzekł — proszę dać mi spokój. Może pan to uczynić, panie Cassilis?
I odszedł w gąszcz lasu. Rozpaliłem ogień, nie bojąc się teraz Włochów, którzy pozostawili nietknięte wszystkie moje rzeczy w obozie. Klara była złamana i wyczerpana przez straszliwe podniecenie i katastrofę tej nocy. Wszelkimi możliwymi środkami, pieszczotą, słowami otuchy, ciepłem starałem się ją podtrzymać na ciele i duszy.