Już rozwidniało się zupełnie, gdy z gęstwiny rozległo się gwizdnięcie. Powstałem z ziemi, zabrzmiał głos Northmoura mówiącego zupełnie spokojnie:
— Chodź tu, Cassilis, ale sam; chcę ci coś pokazać.
Poradziłem się wzrokiem Klary i na jej milczący znak zgody wyszedłem z kotliny. Northmour stał oparty o drzewo. Ujrzawszy mnie, zaczął iść w stronę morza. Dopędziłem go na skraju lasu.
— Patrz — powiedział, zatrzymując się.
Jeszcze parę kroków i wyszedłem na otwartą przestrzeń. Zimny i jasny ranek świecił nad znanym krajobrazem. Pawilon był kupą sczerniałych gruzów. Dach zapadł się w głąb, część jego wyrzucona została opodal. Po wydmach rozrzucone były czarne pasma sadzy jak blizny. Gęsty dym wciąż się wznosił w górę w nieruchomym rannym powietrzu, a stos gorących węgli żarzył się wśród pustych ścian domu jak w otwartym palenisku. Koło wysepki stał szkuniec, a łódka silnie obsadzona ludźmi podpływała do brzegu.
— „Red Earl”! — zawołałem. — „Red Earl”! O dwanaście godzin za późno!
— Sięgnij do kieszeni, Frank! — rzekł Northmour. — Czy masz broń?
Usłuchałem go i zbladłem śmiertelnie. Rewolwer mój był zabrany.
— Widzisz, że jesteś w mojej władzy — mówił dalej. — Rozbroiłem ciebie w nocy, kiedy pielęgnowałeś Klarę. Ale dziś rano: masz, zwracam ci twój rewolwer.
— Nie, dziękuję — rzekłem, cofając rękę.