Nie ścigał mnie. Uciekł. Northmour — najbardziej nieugięty i zuchwały z ludzi — uciekł. Ledwie wierzyłem oczom. Wszystko wydawało się nie do wiary. Czemu potajemnie przygotowano mieszkanie w pawilonie? Czemu Northmour wylądował przy niskiej wodzie, wśród nocy i wichru? Czemu chciał mnie zabić? Czyż nie poznał mego głosu? I przede wszystkim — czemu miał sztylet w ręku? Sztylet albo nawet ostry nóż nie jest bronią współczesną i nie powinien był się znajdować27 w rękach człowieka wracającego do własnego majątku, nawet gdy ląduje nocą i wśród okoliczności cokolwiek tajemniczych. Im dłużej rozmyślałem, tym bardziej czułem się zbity z tropu. Liczyłem na palcach okoliczności tajemnicze: pawilon skrycie przygotowany dla gości; goście lądujący z narażeniem życia i niebezpieczeństwem dla jachtu; goście, przynajmniej jeden z nich, przejęty jawnym i na pozór bezpodstawnym przerażeniem; Northmour z obnażonym sztyletem; Northmour na dźwięk jednego słowa rzucający się na najbliższego swego znajomego; i wreszcie, co najdziwniejsze, Northmour uciekający od człowieka, którego chciał zamordować i barykadujący drzwi domu. Było to sześć przyczyn skłaniających do zdumienia, sześć części składających się na całkowitą historię. Nie wiedziałem, czy mam wierzyć mym zmysłom.

Gdy tak stałem, dziwiąc się i rozmyślając, poczułem ból od ciosów odebranych w walce. Okrążyłem tedy28 wydmy i powróciłem pod osłonę lasu. Ścieżką znowu przeszła stara niańka, w odległości kilku metrów ode mnie, świecąc sobie latarnią. Wracała na folwark. Był to siódmy punkt podejrzany w tej sprawie. Widocznie Northmour ze swymi gośćmi miał sam gotować i sprzątać, a ona miała dalej mieszkać w pustym baraku29, zachowując wszelkie ostrożności. Istniały zapewne ważne powody, by kosztem tylu niewygód zachować tajemnicę.

Pogrążony w tych myślach powróciłem do mego obozowiska. Przez ostrożność rozrzuciłem ogień, a potem zapaliłem latarnię, by obejrzeć ranę na ramieniu. Było to draśnięcie nieznaczne, ale krwawiło obficie. Opatrzyłem ranę, jak umiałem, kawałkiem płótna i wodą ze źródła. Przyszło mi to z trudnością, bo nie mogłem sam jej dosięgnąć. Zajmując się opatrunkiem, ogłosiłem w myślach wojnę Northmourowi i jego tajemnicy. Nie jestem zawzięty z natury i nastrój mój wojowniczy wynikał raczej z ciekawości niż z chęci zemsty. Ale wojnę wypowiedziałem i przygotowując się do niej, wziąłem rewolwer, wyjąłem z niego naboje i oczyściłem go gruntownie. Zakłopotała mnie kwestia konia. Mógł rżeć, zerwać się z uwięzi i zdradzić mój pobyt w lesie. A więc przed świtem przeprowadziłem go przez wydmy, dalej, w stronę wioski rybackiej.

III. Jak poznałem moją żonę

Przez dwa dni błąkałem się dokoła pawilonu, kryjąc się za nierównością gruntu. Stworzyłem sobie cały system taktyczny. Niskie pagórki i kotliny, przechodzące jedne w drugie, osłaniały jakby płaszczem ciemności mój nużący, a może nie bardzo szlachetny wywiad. Ale pomimo tego mało dowiedziałem się o Northmourze i jego gościach.

Gdy zapadł zmierzch, stara służąca przyniosła świeże zapasy żywności. Northmour i młoda kobieta, czasami razem, częściej osobno, przechadzali się po wybrzeżu koło piasków ruchomych. Widocznie nie chcieli, żeby ich widziano, gdyż miejsce to było otwarte tylko od strony morza. Ale ja, leżąc we wgłębieniu, za jednym z najwyższych pagórków, widziałem doskonale zarówno Northmoura, jak i młodą pannę podczas ich spaceru.

Wysoki człowiek znikł zupełnie z widowni. Nigdy nie przekraczał progu domu, nie pokazywał się nawet w oknie, przynajmniej ja go nigdy nie widziałem. Zresztą w dzień, kiedy z górnego piętra pawilonu widać było na dalszą przestrzeń wydmy, nie posuwałem się ku niemu, w nocy zaś, gdy zbliżałem się do pawilonu, dolne okna były zabarykadowane, jakby chciano przetrzymać oblężenie. Czasami przypuszczałem, że wysoki człowiek leży w łóżku, bo i wtedy, gdy go widziałem, szedł chwiejnym krokiem, czasami zaś myślałem, że odjechał i Northmour z młodą panną są sami w domu. Myśl ta już wtedy nawet sprawiała mi przykrość.

Nie wiedziałem, czy są mężem i żoną, ale wydawało mi się, że nie ma między nimi przyjaźni. Chociaż nie słyszałem, co mówili, ani nie mogłem odróżnić wyrazu ich twarzy, jednakże zachowanie ich z daleka było sztywne, nieprzyjazne prawie. Zauważyłem, że młoda dziewczyna szła zawsze prędzej w towarzystwie Northmoura, niż kiedy była sama, gdyby zaś istniało między nimi jakiekolwiek uczucie, przechadzałaby się wolniej, właśnie idąc z nim razem. Czasami kroczyła o metr od niego i nastawiała parasolkę z jego strony, jakby barierę. Northmour starał się zbliżyć do niej, panna oddalała się coraz bardziej i droga ich po wybrzeżu tworzyła rodzaj zygzaka z linii przekątnych, który skończyłby się w falach, gdyby przechadzka ich dłużej trwała. Powracając, panna nieznacznie przechodziła na drugą stronę tak, że Northmour znajdował się między nią a morzem. Przyglądałem się z najwyższym zadowoleniem i aprobatą tym manewrom i śmiałem się po cichu.

Trzeciego dnia wyszła na przechadzkę sama i ku wielkiemu memu zmartwieniu spostrzegłem, że kilkakrotnie zaczynała płakać. Już wtedy nie była mi obojętna. Ruchy jej aż ciągnęły oczy — tyle w nich było lekkości i stanowczości. Głowę trzymała z nieopisanym wdziękiem, postać jej tchnęła słodyczą i dystynkcją30.

Dzień był tak słoneczny i pogodny, morze tak spokojne, powietrze było tak świeże i zdrowe, że wbrew zwyczajowi panna po raz drugi wyszła na przechadzkę. Towarzyszył jej Northmour. W pewnej chwili ujrzałem, jak gwałtem31 owładnął jej dłoń. Pomimo dziwacznego mego położenia, podniosłem się z zasadzki, by zainterweniować. Ale ujrzałem, jak Northmour zdjął kapelusz i skłonił się, przepraszając, schowałem się więc znowu. Potem odszedł zaczerwieniony i nachmurzony, uderzając laską po trawie. Z przyjemnością stwierdziłem, że ma bliznę i siniec pod okiem, był to ślad mojej ręki.