Przez pewien czas młoda kobieta stała tam, gdzie ją opuścił, patrząc na otwarte morze i na wysepkę. Potem nagle otrząsnęła się z zadumy i wytężając znów energię, poszła dalej. Niedawne zajście wstrząsnęło nią. Zapomniała, gdzie jest. Szła prosto ku piaskom ruchomym. Jeszcze parę kroków, a życie jej byłoby w niebezpieczeństwie. Stoczyłem się ze stromej wydmy i biegnąc ku niej, zawołałem, żeby się zatrzymała.
Zatrzymała się wtedy i szła wprost na mnie. Nie było w niej najlżejszego strachu, wyglądała jak królowa. Byłem boso, w stroju prostego marynarza, przepasany tylko szarfą egipską. Prawdopodobnie wzięła mnie z początku za rybaka z wioski, włóczącego się po wybrzeżu i szukającego przynęty dla ryb. Znalazłszy się oko w oko, czując na sobie jej wzrok mocny i rozkazujący, byłem przejęty podziwem dla jej urody. Była piękniejsza, niż wydawała mi się z daleka. Pomimo śmiałości swej zachowywała miękkość dziewczęcą i pełną wdzięku. Żona moja przez całe życie zachowała ową rezerwę w obcowaniu, która u kobiety jest rzeczą doskonałą i ona to dopiero nadaje wartość jej poufałości.
— Co to znaczy? — zapytała.
— Pani idzie wprost w ruchome piaski — rzekłem.
— Nie znam tej okolicy — powiedziała. — Pan mówi jak człowiek wykształcony.
— Sądzę, że nim jestem — odparłem — pomimo mego przebrania.
Jej oko kobiece już dostrzegło mój pas.
— O — zauważyła — ten pas zdradza pana.
— Pani wyrzekła słowo „zdradza” — podjąłem. — Czy mogę prosić, by pani mnie nie zdradziła? Ukryłem się dla dobra pani. Ale gdyby Northmour dowiedział się o mojej obecności, mogłoby mnie spotkać coś gorszego niż zwykła przykrość.
— Czy pan wie, z kim pan rozmawia? — spytała.