To rzekłszy, wycałowała mnie i znów wybuchła takim łkaniem, że stałem onieśmielony i zahukany.
— Cichojcie, cicho — ozwał się Alan, spoglądając dość głupawym wzrokiem. — Dzień teraz rychło na staje; przecież mamy lipiec... a jutro w Appinie będzie piękna zabawa: będą pięknie jeździć dragoni, będą wołali „Cruachan223!” i biegać będą żołnierze... więc obaj musimy wyruszyć co prędzej — nie ma chwilki do stracenia!
Przeto pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy znów w drogę, skręcając nieco ku wschodowi; noc była piękna i niezbyt ciemna, okolica zaś, którą przebywaliśmy, przeważnie tak samo urwista i niedostępna jak ta, przez którą szliśmy poprzednio.
Rozdział XX. Ucieczka przez wrzosiste rozłogi. Skały
Postępowaliśmy to krokiem, to biegiem, a im bliżej było poranku, tym mniej było chodu, a więcej biegu. Choć kraina ta z pozoru wydawała się opustoszałą, to jednak trafiały się tu szałasy i domy ludzkie pochowane w zakątkach wzgórz — naliczyliśmy ich z górą dwadzieścia. Ilekroć podeszliśmy do którego z nich, Alan zostawiał mnie na drodze, sam zaś szedł, stukał w ścianę domu i rozmawiał czas jakiś przez okno z jakąś osobą zbudzoną ze snu. Miało to na celu rozszerzanie wieści, co w tej krainie do tego stopnia było uważane za powinność, że celem jej dopełnienia Alan musiał zatrzymywać się nawet podczas ucieczki; ale i inni tak dalece jej przestrzegali, iż przeszło połowa domów, któreśmy odwiedzali224, była już powiadomiona o zabójstwie. W innych, o ile mogłem się domyśleć (jako że stałem opodal i przysłuchiwałem się obcej mowie), wieść tę przyjmowano raczej z zaniepokojeniem niż radością.
Mimo że spieszyliśmy się tęgo, jednakże zaczynało już dnieć, a byliśmy jeszcze wciąż daleko od jakiegokolwiek schroniska. Dzień zastał nas w okropnej dolinie, najeżonej skałami, przez którą przepływała spieniona rzeczułka. Wokoło sterczały dzikie turnice; nie porastała jej trawa ni drzewa; niejednokrotnie później przychodziło mi na myśl, że może to była owa dolina, zwana Glencoe, w której odbyła się rzeź za czasów króla Wilhelma. Ale co się tyczy szczegółów naszej przeprawy, to będą one niedokładne, gdyż odbywaliśmy drogę bądź po krótszych spadzistościach, bądź dłuższymi kołowaniami, posuwaliśmy się chyżym krokiem i to przeważnie nocą, a nazwy miejscowości, o jakie zapytywałem, brzmiały po gallicku, wskutek czego łatwo wywietrzały mi z pamięci.
Zatem gdy z brzaskiem pierwszego dnia ukazała się naszym oczom owa okropna pustosza — zauważyłem, że Alan zmarszczył brew.
— Nie jest to miejsce dogodne dla nas obu — ozwał się. — W tym miejscu oni obowiązani są stawiać wartę.
To mówiąc, zbiegł krokiem bardziej rączym niż zwykle nad brzeg wody — w stronę, gdzie rzeka dzieliła się na dwoje pomiędzy trzema skałami. Prąd pędził tędy z przerażającym hukiem, który mnie aż przyprawiał o drżenie; nad siklawą rozwieszała się lekka mgła rozbryzganych kropelek. Alan nie patrzył ani w prawo, ani w lewo, ale skoczył wprost na środkową skałę i padł na nią rękoma i kolanami, aby się utrzymać, gdyż skała ta była mała i on mógł się przekopyrtnąć poza drugi jej koniec. Poszedłem natychmiast za jego przykładem, mimo że ledwo mi stało czasu na zmierzenie odległości lub zrozumienie niebezpieczeństwa; on zaś pochwycił mnie i zatrzymał na miejscu.
Staliśmy więc tak, ramię przy ramieniu, na małej skale, oślizgłej od wodnych rozbryzgów — mieliśmy przed sobą do przeskoczenia o wiele szersze ramię rzeczne, a woda kłębiła się ze wszech stron. Gdym obaczył, gdzie się znajduję, ogarnęło mnie śmiertelne, bolesne przerażenie, przeto zasłoniłem sobie oczy dłonią. Alan wziął mnie w objęcia i potrząsnął — widziałem, że coś mówił, ale huk wodospadu i moje własne oszołomienie nie pozwalały mi dosłyszeć słów jego, ujrzałem tylko, że twarz miał czerwoną od gniewu i że tupał nogą w skałę. Jedno spojrzenie ukazało mi rozszalały żywioł wodny i mgłę wiszącą w powietrzu — wówczas zamknąłem znów oczy i zacząłem dygotać.