W chwilę później Alan przytknął mi do ust butelkę z gorzałką i zmusił mnie do wypicia tęgiego haustu, po którym znów krew napłynęła mi do głowy. Następnie, przyłożywszy obie dłonie do swych ust, a swoje usta do mego ucha, wrzasnął.

— Wisieć lub utonąć!

Po czym odwróciwszy się do mnie plecami, przeskoczył drugie odgałęzienie strumienia i stanął bezpiecznie na lądzie.

Byłem już teraz sam na skale, dzięki czemu miałem więcej miejsca; w uszach szumiała mi gorzałka; miałem świeżo przed oczyma dobry przykład, a byłem tyle przytomny, by widzieć, że jeżeli nie przeskoczę od razu, to już nigdy nie uda mi się przeskoczyć. Przygiąłem się w kolanach i rzuciłem się przed siebie z tą zaciekłą rozpaczą, jaka często u mnie zastępowała miejsce odwagi. Jak było do przewidzenia, jedynie dłonie moje osiągnęły całkowitą długość strumienia; te mi się ześlizgiwały, chwytały ziemię i znów się ześlizgiwały — i jużem się staczał w siklawę225, gdy Alan ucapił mnie, zrazu za czuprynę, potem za kołnierz, aż na koniec z wielkim wytężeniem wyciągnął mnie na miejsce bezpieczne.

Nie rzekł ani słowa, lecz puścił się znów pędem przed siebie, ja zaś byłem zniewolony wygramolić się jakoś na równe nogi i biec za nim. Byłem już poprzednio zmęczony, lecz teraz jużem był osłabiony i potłuczony, a po trosze i odurzony gorzałką. Utykałem wciąż w biegu i dawało mi się we znaki jakieś kłucie, które omal że odbierało mi wszelką siłę; toteż gdy na koniec Alan przystanął pod wielką skałą, która stała tu pośród mnóstwa innych, z Dawidem Balfourem było już całkiem kiepskawo.

Wspomniałem o wielkiej skale; atoli, prawdę powiedziawszy, były to dwie skały, wsparte o siebie u wierzchołka, obie na pierwszy rzut oka niedostępne, a wysokie na jakie dwadzieścia stóp. Nawet Alan — choć można powiedzieć, posiadał jak gdyby cztery ręce — po dwakroć bezskutecznie na nie się wdzierał... aż dopiero za trzecią próbą i to wtedy, gdy stanął mi na ramionach i skoczył z taką siłą, iż myślałem, że pewno mi złamał obojczyk — dopiero wtedy, powiadam, udało mu się tam usadowić. Gdy już tam się dostał, spuścił w dół skórzany pas, przy pomocy którego, oparłszy się na dwóch płytkich stopajach w skale, wdrapałem się w górę.

Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczegośmy tu przyszli: oto obie skały, które były nieco zaklęśnięte u wierzchołka i nachylały się jedna ku drugiej, tworzyły rodzaj misy lub kociołka, gdzie mogło się ukryć choćby trzech lub czterech ludzi.

Aż dotychczas Alan nie ozwał się ani słowem, tylko wspinał się z taką dziką, bezsłowną zaciekłością i pośpiechem, że miarkowałem, iż boi się śmiertelnie jakiegoś niepowodzenia. Nawet teraz, gdy znajdowaliśmy się na skale, on nie zagajał rozmowy, ani nie rozpogadzał chmurnego oblicza, jeno ułożył się na płask na brzuchu i wyzierając tylko jednym okiem poza krawędź naszej kryjówki, rozglądał się wokoło po całej okolicy. Świt rozjaśnił się już na dobre; widać było głaźne ubocza doliny i jej dno, usiane skałami, i rzekę, która wiła się tędy owędy i tworzyła białe wodospady — natomiast nigdzie nie było widać dymu domostwa ani też śladu jakiejkolwiek istoty żyjącej, prócz paru orłów, co krakały wokoło jednego z wierchów.

Wtem Alan nareszcie się uśmiechnął.

— No, no! — przemówił. — Teraz jesteśmy pewni swej skóry!