A po chwili, spoglądając na mnie wzrokiem nieco ubawionym, rzekł znowu.

— Nie bardzoś ty skory226 do skakania, jak widzę!

Widocznie musiałem zarumienić się z zawstydzenia, gdyż zaraz potem dodał.

— Co tam! Niewielka hańba! Bać się czegoś, a mimo to dokonać, co się przedsięwzięło — to właśnie wyrabia najdzielniejszych ludzi! Zresztą tam była woda, a woda nawet mnie zbija z pantałyku. Nie, nie, to nie ty powinieneś się wstydzić, ale ja.

Zapytałem go, czemu tak sądzi.

— Czemu? — odpowiedział. — Sam dzisiaj w nocy okazałem się kpem i ciemięgą. Przede wszystkim wybrałem złą drogę, i to w moim rodzinnym Appinie! Toteż dzień zastał nas tam, gdzie nie powinniśmy byli nigdy się znaleźć, wskutek czego narażeni jesteśmy tu na niemałe niebezpieczeństwo i większe jeszcze niewygody. Po wtóre (co dla takiego bywalca tych gór, jak ja, jest jeszcze większym wstydem) zgubiłem manierkę z wodą, a będziemy musieli tu leżeć przez cały długi dzień wśród letniego skwaru, nie mając nic przy sobie prócz czystego spirytusu. Pomyślisz sobie, że to fraszka; ale zanim nastanie noc, powiesz mi, Dawidzie, co sądzisz o tym.

Pragnąłem zrehabilitować się w jego oczach, więc zaofiarowałem się, że, o ile on zechce wylać gorzałkę, pobiegnę na dół i naczerpię wody ze strumienia.

— Nie chcę ja też marnować porządnego spirytusu — odrzekł Alan. — Okazał ci się on dziś w nocy dobrym przyjacielem... inaczej, wedle mego mniemania, tkwiłbyś jeszcze dotychczas na onej skale. Co więcej, jako człek tak przenikliwy, pewno zauważyłeś, że Alan Breck szedł dziś krokiem raźniejszym niż zwykle.

— Ty! — zawołałem. — Tyś pędził, jakbyś miał rozbić się w kawałki.

— Tak było? — rzekł ów. — No, bo też, możesz mi wierzyć, nie było czasu do stracenia. Ale dość jużeśmy się nagadali; połóż się spać, chłopcze, a ja będę czuwał.