— Bywają chwile — odpowiedział — że jesteś zanadto ostrożny i nazbyt po wigowsku usposobiony, iżbyś mógł być towarzyszem takiego jegomościa, jak ja; ale nie brak też chwil, gdy okazujesz się tęgim zuchem, a wtedy, Dawidzie, kocham cię jak rodzonego brata.
Mgła podniosła się i znikła, odsłaniając przed nami ową krainę — pustynną niby przestwór morski; tu i owdzie swarzyły się na niej cietrzewie i czajki, a kędyś daleko na wschodzie przesuwało się stado jeleni, niby gromadka szarych kropek. Większość płaszczyzny rumieniła się od wrzosów, reszta zaś była przeważnie poprzerywana bagnami, trzęsawiskami i torfiastymi kałużami, w części zaś czerniła się od niedawnej pogorzeli; w innym zaś miejscu widać było cały las obumarłych świerków, sterczących jak kościotrupy. Trudno sobie wyobrazić posępniejszą pustynię; atoli była ona przynajmniej (w co nam graj!) wolna od żołnierzy.
Zeszliśmy więc w tę pustoszę i poczęliśmy odbywać żmudną podróż po bezdrożach, kierując się ku wschodniej krawędzi. Wszędy wokoło (trzeba to mieć w pamięci) wznosiły się wierchy górskie, z których mogliśmy być dostrzeżeni w każdej chwili; toteż musieliśmy się trzymać zagłębień ugorzyska, gdy zaś te zbaczały od kierunku naszej drogi, posuwaliśmy się z niesłychaną ostrożnością po nagiej powierzchni równiny. Niekiedy w ciągu pół godziny musieliśmy się czołgać od jednej kępki wrzosu do drugiej, jak łowcy podkradający się ku zwierzynie. Był to znów dzień jasny, a słońce jarzyło się spiekotą; woda, którąśmy mieli w manierce od gorzałki, rychło się nam wyczerpała — słowem, gdybym przeczuwał, co to znaczy czołgać się na brzuchu przez pół dnia, a przez drugą połowę niemal wciąż garbić się prawie do kolan i tak kroczyć naprzód, na pewno bym się powstrzymał od takiego zabójczego przedsięwzięcia.
Wlokąc się, odpoczywając i znów się wlokąc, spędziliśmy cały poranek; około południa ułożyliśmy się do snu w gęstej kępie wrzosu. Alan objął pierwszą wartę — i zdawało mi się, że dopiero co zamknąłem powieki, gdy obudzono mnie do objęcia drugiej straży. Nie mieliśmy zegarka, według którego moglibyśmy odbywać zmiany wart, więc Alan, chcąc go jakoś zastąpić, zatknął w ziemię gałązkę wrzosu: gdy cień krzaka dojdzie do tego miejsca, gdzie była zatknięta, miał to być znak, żeby zbudzić Alana. Ale tym razem byłem tak znużony, że mógłbym przespać jednym ciągiem całą dobę; śpik morzył mnie w gardle, a członki moje były ospałe nawet wtedy, gdy umysł mój czuwał, duszny zapach wrzosu i brzęczenie dzikich pszczół działały na mnie jak odwar nasenny. Od czasu do czasu zrywałem się i stwierdzałem, żem drzemał.
Ostatni raz, gdym się obudził, zdawało mi się, że przybywam kędyś z dala, i mniemałem, że słońce przebiegło już znaczną część niebios. Spojrzałem na gałązkę wrzosu i o mało co nie krzyknąłem na cały głos — gdyż obaczyłem, iżem zawiódł pokładane we mnie nadzieje. W głowie mi się niemal zakręciło od wstydu i trwogi, a to, co ujrzałem, rozejrzawszy się po równinie, ścięło krew w mych żyłach. Albowiem jawą to było, że, podczas gdym spał, z gór nadciągnął oddział dragonów i zbliżał się ku nam od południo-wschodu, rozpościerając się na kształt wachlarza i hasając na koniach tędy owędy poprzez gęstwy wrzosowisk.
Gdym obudził Alana, on spojrzał najpierw na żołnierzy, potem zaś na gałązkę wrzosu i wzniesienie słońca, zmarszczywszy brwi, strzelił bystrym wzrokiem, w którym wyrażał się gniew i niepokój. Był to jedyny wyrzut, jaki spotkał mnie z jego strony.
— Co teraz poczniemy? — zapytałem.
— Zabawimy się w zajączki — odpowiedział. — Czy widzisz tamtą górę? — i wskazał mi wierch widniejący na północno-wschodniej połaci nieba.
— A jakże — odparłem.
— Dobrze — rzekł Alan — wobec tego pędźmy ku niej. Zwą ją Ben Alder; jest to dzika, opustoszała góra, pełna wzniesień i wądołów, a jeżeli uda się nam do niej dotrzeć przed świtem, może zdołamy się jeszcze ocalić.