— Ależ Alanie — zawołałem — toż wyjdziemy w sam raz w drogę żołnierzom.
— Wiem o tym doskonale — odrzekł Alan — ale jeżeli damy się zapędzić z powrotem ku Appinowi, zginęliśmy obaj. No, Dawidku, ino241 raźno242!
To rzekłszy, zaczął z nieprawdopodobną szybkością biec na rękach i klęczkach, jak gdyby był z natury przyzwyczajony do takiego chodzenia. Przez cały ten czas skręcał tu i tam w zagłębienia płaszczyzny, gdzie mogliśmy się najlepiej ukryć. Gdzieniegdzie były miejsca wypalone lub przynajmniej nawiedzone ogniem, toteż w twarze nasze, pochylone do samej ziemi, uderzał oślepiający i dławiący pył, drobny jak sadze. Wody z dawna nam zabrakło, a ten bieg w przygiętej postawie na dłoniach i klęczkach przynosił tak obezwładniającą słabość i znużenie, aż bolały nas stawy i mdlały przeguby pod naszym ciężarem.
Juści, że od czasu do czasu, gdzie była wielka kępa wrzosu, kładliśmy się na chwilę, by odsapnąć i rozsuwając prętowie, oglądaliśmy się na dragonów. Ci widocznie nas nie dostrzegli, gdyż jechali prosto przed siebie; było ich z pół szwadronu, jak sądzę, a zajmowali przestrzeń prawie dwóch mil, tratując mocno ziemię pod sobą. Obudziłem się był w samą porę; gdyby to było nieco później, tedy zamiast umknąć w bok, musielibyśmy uciekać im przed samym nosem. Ale nawet w obecnym położeniu najmniejszy przypadek mógł nas zdradzić; raz po raz, gdy znad wrzosowiska wzbił się cietrzew, trzepocąc skrzydłami, leżeliśmy cicho jak martwi i nie śmieliśmy oddychać.
Ból i wyczerpanie mego ciała, dolegliwość serca, okaleczenia mych rąk, swędzenie w gardle i oczach od ciągłego kurzu i popiołu — wszystko to stało mi się wkrótce tak nieznośne, że rad bym był już zaniechać tej przeprawy, i jedynie obawa przed Alanem dodawała mi wątpliwej odwagi do dalszego biegu. Co się jego tyczy (a pamiętać należy, że był objuczony płaszczem), stał się najpierw pąsowy, ale z czasem ta czerwoność zaczęła nabiegać białymi cętkami; oddech jego stał się chrapliwy i świszczący, a jego głos, ilekroć na przystankach szeptał mi w ucho swe uwagi, brzmiał jak gdyby nie z tego świata. Mimo to bynajmniej Alan nie stracił rezonu, ani nie ustawał w swej przedsiębiorczości, tak, iż chcąc nie chcąc musiałem się dziwić jego niepożytej sile.
Na koniec o zmierzchu posłyszeliśmy granie trąby, a obejrzawszy się poza siebie skroś wrzosów, obaczyliśmy, iż szwadron począł się zbierać. Wkrótce potem żołnierze rozniecili ognisko i rozłożyli się obozem na noc pośrodku pustkowia.
Widząc to, jąłem błagać Alana, byśmy się położyli i przespali.
— Nie będzie spania w noc dzisiejszą! — odrzekł Alan. — Od dziś dnia ta wasza ociężała konnica będzie pilnować rubieży ugorzysk, tak iż z Appinu żywa dusza nie wyjdzie, co najwyżej skrzydlate ptactwo. Przedostaliśmy się przez nich w samą porę; mamyż teraz narażać na szwank to, cośmy zyskali? Nie, nie! Z nastaniem dnia powinniśmy się obaj znaleźć w bezpiecznej kryjówce na Ben Alder.
— Alanie — rzekę na to — dobrych chęci mi nie braknie: brak mi jeno siły. Gdybym potrafił, nic bym nie miał przeciwko temu; jednakże, jako mię tu widzisz, nie potrafię.
— Dobrze, dobrze — powiedział Alan. — Ja cię poniosę.