Spojrzałem nań, chcąc poznać, czy nie żartuje, ale nie — ten mały człeczek mówił całkiem poważnie. Zawstydził mnie widok takiej stanowczości.

— Prowadź mnie naprzód! — rzekłem. — Pójdę za tobą!

Rzucił mi takie spojrzenie, jak gdyby chciał powiedzieć: „Brawo, Dawidzie!” — i znów jął243 biec pędem.

Z nadejściem nocy zrobiło się chłodniej, a nawet (choć nie o wiele) ciemniej. Niebo było bezchmurne; był to dopiero początek lipca, a znajdowaliśmy się dość daleko na północy; wprawdzie w najciemniejszej godzinie owej nocy jeno chyba ktoś obdarzony nader bystrym wzrokiem mógł zasiąść do czytania, ale, bądź co bądź, widywałem ja niekiedy większy mrok w samo południe zimowe. Spadła ciężka rosa i zwilżyła, niby deszcz, całe pustkowie — orzeźwiło mnie to na chwilę. Gdyśmy się zatrzymywali dla nabrania tchu i miałem czas, by obejrzeć się poza siebie, jasność i powab nocy, zarysy gór, niby jakowychś istot uśpionych, ognisko połyskujące hen poza nami, niby świetlana plamka na tle płaskowyżu — wszystko to sprawiało, żem się zżymał, iż muszę tak wlec się w męczarniach i łykać kurz jako robak.

Z tego, com czytywał w książkach, wnoszę, iż niewielu z tych, co brali się do pióra, przechodziło prawdziwe utrapienia, albo też sądzę, iż powinni je byli opisać dosadniej. O życie nie dbałem, ani o to, com przeszedł, ani o to, co mnie czekało, ledwiem też baczył, że na świecie bożym żyje chłopak nazwiskiem Dawid Balfour; nie myślałem o sobie, atoli każdy nowy krok, który już niechybnie uważałem za ostatni w mym życiu, przejmował mnie rozpaczą — oraz nienawiścią dla Alana, który był powodem tych katuszy.

Z wolna zaczął nadchodzić dzień — a mnie się zdało, iż to całe lata ubiegły; przez ten czas przebyliśmy już największe niebezpieczeństwo i mogliśmy już stąpać po ludzku na dwóch nogach, zamiast czołgać się na czworakach jak dzikie zwierzęta. Ale — Boże zmiłuj się! — jakąż to musieliśmy tworzyć parę, zgięci w pałąk jak stare dziady, raczkując jak niemowlęta i mając lica blade jak truposze. Nie zamienialiśmy ani słowa; każdy z nas zaciskał zęby i wlepiał oczy przed siebie, podnosił nogę i znów ją opuszczał, jak osiłkowie, co na wiejskich kiermaszach popisują się dźwiganiem ciężarów. Tymczasem we wrzosowiskach rannym hejnałem ożywało się ptastwo, a na wschodzie światłość nabierała mocy z każdą chwilą.

Powiadam, że Alan czuł się tak samo jak ja. Nie wynikało to stąd, jakobym mu się przypatrywał, gdyż nazbyt wiele miałem kłopotu z własnymi nogami, ale rzecz oczywista, że musiał ci on być244 tak oszołomiony znużeniem, jak i ja, i równie mało zważał na to, gdzie idziemy, inaczej nie wpadlibyśmy, jak ślepi, w zasadzkę.

Stało się to w ten sposób. Zstępowaliśmy właśnie z wrzosistego upłazu. Alan szedł przodem, ja zaś o parę kroków za nim, jak grajek i jego żona; naraz ni stąd, ni zowąd zaszeleściło coś we wrzosach i z ich gąszczu wyskoczyło ze czterech obdartusów — w chwilę później leżeliśmy już obaj na wznak, mając do gardła przytknięte puginały.

Nie uświadamiam sobie, co się wówczas we mnie działo; ból, spowodowany ową okrutną napaścią, był całkowicie przytłumiony dolegliwościami, których już miałem do syta; radość z powodu zatrzymania się w pochodzie nie pozwalała mi myśleć o grożącym mi sztylecie. Leżałem, wpatrując się w oblicze człowieka, który mię dzierżył; pomnę, że twarz miał ogorzałą od słońca, a oczy bardzo jasne — ale lęku przed nim nie odczuwałem wcale. Słyszałem, iż Alan szeptał coś z drugim po gallicku, atoli245 nie obchodziło mnie zgoła, o czym oni tam rozmawiali.

Nagle odjęto od nas sztylety, odebrano nam broń i dano nam usiąść we wrzosach, twarzami do siebie.