Małom tam czemu się przypatrywał, leżąc w tej całej biedzie. Jednakowoż Alan i Cluny większą część czasu spędzali na kartach, a Alan musiał początkowo więcej wygrywać, gdyż przypominam sobie, że ilekroć usiadłem na barłogu, widziałem ich siedzących nieporuszenie przy grze, a na stole piętrzył się błyszczący stos, liczący sześćdziesiąt, ba i po sto gwinei. Dziwnie się to wydawało widzieć takie bogactwa w gnieździe przyczepionym do skalnej krzesanicy, a rozpostartym na rosnących drzewach.

„No, no! — pomyślałem sobie — na głęboką wodę puszcza się Alan, nie mając do tej przeprawy lepszego rumaka jak zieloną sakiewkę i zaledwo pięć funtów”.

Na drugi dzień ponoć zmieniło się szczęście. Koło południa zbudzono mnie, jak zwykle, na obiad i, jak zwykle, odmówiłem jedzenia — dano mi więc łyk gorzałki z jakąś gorzką domieszką, przepisaną przez lekarza. Słońce zaglądało w otwarte dźwierze259 klatki, rażąc mnie i drażniąc swym blaskiem. Cluny siedział za stołem, gryząc talię kart. Alan pochylał się nad barłogiem i przytknął twarz tuż do moich oczu; ponieważ wzrok mi mąciła gorączka, przeto ta twarz wydała mi się potwornej wielkości.

Poprosił mnie, bym mu pożyczył pieniędzy.

— Na co? — zapytałem.

— Ot tylko, żebyś mi pożyczył — odpowiedział Alan.

— Ale czemu? — powtórzyłem. — Nie rozumiem.

— Sza, Dawidzie! — rzekł Alan. — Chyba nie żałujesz mi tej pożyczki?

Odmówiłbym mu na pewno, gdybym był przytomny! Ale wówczas myślałem tylko o tym, by się pozbyć jego twarzy, przeto wręczyłem mu pieniądze.

Rankiem trzeciego dnia, gdyśmy już spędzili czterdzieści osiem godzin w klatce, zbudziłem się w o wiele rzeźwiejszym usposobieniu; byłem wprawdzie jeszcze bardzo słaby i ociężały, ale wszystkie przedmioty widziałem już we właściwych rozmiarach i wszystkie miały przyzwoity wygląd codzienny. Miałem już ochotę do jadła, co więcej, o własnej sile powstałem z łóżka, a ledwom spożył śniadanie, poszedłem do drzwi klatki i usiadłem przed progiem, na krawędzi lasu. Był dzień szary, powietrze chłodne i spokojne; siedziałem więc, drzemiąc przez cały poranek, budzony jedynie krokami wywiadowców i sług Cluny’ego przybywających z żywnością i wieściami, gdyż wobec tego, że natenczas pobrzeże wolne było od wojska, naczelnik prawie otwarcie utrzymywał swój dwór.